Kategorie

Wraps wegański

tortilla

250 gramów mąki gryczanej

1/2 dużej czerwonej cebuli

1 ząbek czosnku

1 łyżeczka ziaren kminku

natka pietruszki ja dałam 1/3 posiekaną

1 łyżeczka ziaren czarnuszki (może być np. siemię lniane)

1 czubata łyżka masła oliwa z oliwek lub nierafinowany olej rzepakowy

woda

do mąki dodać pokrojoną drobno cebulę, przyprawy, pietruchę i wodę. Wody tyle żeby ciasto było lejące takie jak na naleśniki. Smażyć na patelni z obu stron. Układać jeden na drugi aż placki zmiękną. Można jeść suche lub z nadzieniem tak jak wrapy. Są pyszne:)

Zupa z cukini

zupac

Zupa z cukini

Składniki 

2 średniej wielkości cukinie
1 łyżka oleju lnianego lub rzepakowego
2-3 ząbki czosnku
garść natki pietruszki lub koperku
4 łyżeczki pestek dyni lub migdałów
1 litr wody
sól i pieprz do smaku
szczypta chilli

Wykonanie

Obrać czosnek i pokroić go na kawałki. Cukinię pokroić w drobną kostkę.
W dużym rondlu rozgrzać olej, dodać czosnek i pokrojoną cukinię. Smażyć około 5 minut, aż cukinia lekko się przyrumieni. Zalać ugotowaną wodą z czajnika i gotować jeszcze kilka minut, aż cukinia będzie miękka.
Zdjąć zupę z ognia i zmiksować.Ja lubię bardziej gęstą zupę, jeśli wolisz mniej gęstą, możesz dolać do zupy przegotowanej wody.
Siekamy natkę pietruszki i dodajemy do zupy. Doprawiamy solą i pieprzem.
Na patelni prażymy migdały lub pestki dyni i posypujemy nimi zupę.Migdały praży się krótko, ponieważ bardzo szybko się przypalają, są wtedy gorzkie. Pestki dyni kiedy są już gotowe zaczynają „strzelać” na patelni.

Stewia i erytrytol

Stewia i erytrytol

 

Stewia

stewia

Stewia to roślina pochodząca z Paragwaju, której liście zawierają słodkie w smaku substancje (glikozydy stewiolowe) będące doskonałą alternatywą dla cukru. Substancje te są ok. 300 razy słodsze od cukru, ale nie są przyswajane przez organizm człowieka i z tego względu mają zero kalorii. Oprócz tego mają wiele innych właściwości prozdrowotnych. Dziś produkuje się z niej naturalne słodziki i stosuje jako naturalną substancję słodzącą. Produkowany z niej słodzik stanowi zdrową alternatywę dla powszechnie stosowanych sztucznych słodzików takich jak aspartam. Stewia znana jest od wieków w Ameryce Południowej, używali jej Indianie Guarani i Mato Grosso. Nazywali ją „Kaa-Hee”, co w ich języku oznacza słodki liść. Słodzili nią potrawy i napoje np. herbatę mate, żuli liście, a także stosowali, jako lekarstwo. Stewia znana jest botanikom, jako Stevia Rebaudiana Bertoni. Pierwszym, który opisał tę roślinę w roku 1905 i prowadził badania nad wyizolowaniem z niej rozpuszczalnych w wodzie związków słodzących, był włoski botanik Moisési Santiago Bertoni. Stewia jest rośliną wieloletnią. Dorasta do wysokości około 1 metra, liście mają 2-3 cm długości. Stewia (a właściwie glikozydy stewiolowe) prawdziwą karierę zrobiła w Japonii, gdzie od 1971 lat na stałe zadomowiła się w przemyśle spożywczym. Jest tam używana do produkcji słodyczy, lodów, gum do żucia. W USA stewia została dopuszczona w 1995 r. jako suplement diety, a w 2008 r. zezwolono na sprzedaż ekstraktu jako dodatku do żywności. W Europie badania naukowe nad bezpieczeństwem stosowania glikozydów stewiolowych trwały ponad 10 lat. 11 listopada 2011 r. Komisja Europejska przyjęła rozporządzenie nr 1131/2011 dopuszczające stosowanie glikozydów stewiolowych w 31 różnych kategoriach żywności, w tym w napojach, deserach, słodyczach i słodzikach. Zalety substancja pochodzenia naturalnego ma zero kalorii jest słodsza od cukru aż do 300 razy, aby posłodzić potrawę potrzeba minimalnych ilości odporna na wysoką temperaturę (do 180°C) – może być używana do pieczenia i gotowania. Powyżej 220°C stewia traci na słodkości. nie powoduje próchnicy zębów nie podnosi stężenia glukozy we krwi zawiera witaminy (kwas foliowy, witamina C), składniki mineralne (wapń, potas, magnez, żelazo) oraz silne antyoksydanty (związki fenolowe). bezpieczna dla diabetyków i osób chorych na fenyloketonurię (więcej na ten temat można poczytać w artykule Dr Danuty Gajewskiej zamieszczonym na stronie: http://diabetyk.org.pl/nowosc/zdaniem-eksperta-o-stewii-pl.html)

Erytrytol

erytrytol

 

Erytrytol to naturalna słodka substancja występująca np. w kukurydzy, winogronach, gruszkach, melonach i innych owocach. Erytrytol jest pozyskiwany w procesie naturalnej fermentacji – podobnie jak odbywa się to przy produkcji sera. Przypominające drożdże grzyby zmieniają glukozę w erytrytol. Poprzez filtrację, krystalizację i suszenie powstaje czysty produkt bez substancji dodatkowych. Białe, błyszczące kryształki sprawiają, że erytrytol wygląda jak cukier i tak samo jak cukier może być wykorzystywany – obojętnie, do gotowania, pieczenia czy słodzenia. Nie jest jednak tak słodki jak cukier, jego słodkość osiąga ok. 75% słodkości cukru. Erytrytol doskonale balansuje smak stewii, poprawia jej słodycz. Podobnie jak ekstrakt ze stewii erytrytol praktycznie nie jest przyswajalny przez organizm, wobec czego nie zawiera kalorii (w Europie i Japonii, w USA przyjmują 20kcal/100g) oraz posiada zerowy indeks glikemiczny. Nie powoduje próchnicy, mogą go spożywać diabetycy. W przeciwieństwie do takich substancji jak ksylitol czy maltitol nie wywołuje efektu przeczyszczającego. Mimo, że erytrytol jest znany od 1874, to do niedawna ze względu na małą wydajność procesu pozyskiwania go, a co za tym idzie wysoką cenę, nie znalazł szerokiego wykorzystania w przemyśle spożywczym. Dopiero połączenie go ze stewią, która nadaje mu odpowiedniej słodyczy, spowodowało, że powoli toruje sobie drogę w przemyśle spożywczym. Zarówno produkty Natusweet, jak i Cavalier należą do tych produktów nowej generacji, które wykorzystują potencjał, jaki niesie ze sobą połączenie stewii i erytrytolu. Swój doskonały smak zawdzięczają właśnie temu innowacyjnemu połączeniu.

Źródło info.stewiarnia.pl

 

METODA ENZYMATYCZNA

imagesDlaczego mamy ciągły brak enzymów i musimy stosować suplementację ?

"Jeśli popatrzysz na półki sklepowe, zrozumiesz, dlaczego zdrowie społeczeństwa tak bardzo się pogarsza. Większość produktów to gotowane, przetwarzane, pieczone, konserwowane – martwe jedzenie, pozbawione witamin i przede wszystkim enzymów.

Nikt i nigdy nie powiedział, że jedzenie to jest mało wartościowe, wmawia się poprzez reklamy, że jest super zdrowe i bardzo wygodne. Matka Natura stworzyła enzymy, aby to co urośnie w ogrodzie i na polu było dojrzałe i gotowe do jedzenia. Enzymy są wrogami przemysłu spożywczego, który dąży do zabicia ich, aby produkty, na przykład owoce zerwane jako niedojrzałe – nie psuły się zbyt szybko. Wszystko musi mieć jak najdłuższy termin ważności – czyli nie może zawierać enzymów. Enzymy uszkadzane są przez długie przechowywanie, intensywne nawożenie, pestycydy, przedwczesne zbiory, rafinowanie, pasteryzację, inżynierię biogenetyczną, sterylizację, naświetlanie izotopami. Życie z takich produktów zostało usunięte, aby mogły stać w sklepie długo po okresie, gdy należałoby je wyrzucić !!!

" Źrodło – Maja Błaszczyszyn "Pełnia życia"

Terapia enzymatyczna i jej wpływ na raka.

Enzymy zawarte w pożywieniu są w 90 % niszczone w temperaturze powyżej 40 stopni Celsjusza, dlatego też mamy ciągły ich deficyt spowodowany spożywaniem gotowanych pokarmów. Zrozumienie enzymów, a zwłaszcza ich roli w zakresie odżywiania, wymaga czegoś więcej niż tylko znajomości chemii. Winniśmy także zapoznać się z historią i pionierami terapii odżywiania enzymami, oraz kryjącą się za ich klinicznym stosowaniem argumentacją. Istnieją dane historyczne na temat odległych od siebie kulturowo grup opracowujących pokarmy z dużą ilością skoncentrowanych enzymów. Wiele tych kultur odkryło metodą prób i błędów korzyści dla zdrowia wynikające ze spożywania bogatych w enzymy pokarmów, często w następstwie zwykłego przypadku, na przykład po pozostawieniu pokarmów na otwartym powietrzu na działanie bakterii.

Na początku 20 wieku, szkocki embriolog dr John Beard, odfiltrował płyn trzustkowy świeżo zabitych młodych zwierząt w celu uzyskania aktywnych enzymów. Jego oparte na obserwacjach rozumowanie było następujące: młode zwierzęta muszą mieć większą ilość silniejszych enzymów, ponieważ potrzebują do rozwoju i wzrostu znacznie więcej energii. Dr Beard wstrzykiwał ten koncentrat dożylnie, domięśniowo, a czasami wprost do okolic wokół nowotworowych pacjentów cierpiących na raka. W wyniku tego zabiegu obserwował szybkie kurczenie się nowotworu, oraz zahamowanie wzrostu komórek nowotworowych. U niektórych pacjentów zauważył reakcje alergiczne, ponieważ nieoczyszczony płyn zawierał obce białka. Mimo to ponad połowa z potraktowanych w ten sposób nowotworów całkowicie zniknęła, zaś stan pozostałych pacjentów uległ znacznej poprawie i życie ich zostało znacząco przedłużone ponad spodziewany okres.

Enzymatyczna kuracja dr Bearda wywołała duże zamieszanie w medycznym środowisku Anglii. Okrzyknięto go szarlatanem i ostrzeżono, że zostanie pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarza, co nie przeszkadzało, żeby pacjenci innych lekarzy żądali poddania ich enzymatycznej terapii dra Bearda.

Dr Beard leczył łącznie 170 przypadków raka i opisał swoją terapię enzymatyczną w książce "Enzymatyczne leczenie raka i jego naukowe podstawy", którą wydano w roku 1907. W latach 30 – tych wykryto we krwi zdrowych osobników "specjalną substancję", która atakowała i niszczyła komórki nowotworowe. Jednak ta substancja była u osób chorych na raka zupełnie lub prawie nieobecna. Dr Max Wolf, który pracował wówczas w Nowym Jorku, stał się jednym z najbardziej znanych lekarzy swoich czasów. Doniesienie o tej substancji bardzo go zainteresowało i rozpoczął własne badania. Przekonał dr Helen Benitez, która pracowała wtedy na wydziale neurochirurgii Uniwersytetu Columbia, aby przyłączyła się do niego, po czym wykonali razem tysiące testów, których celem było dokładne określenie, co to za substancja. Ostatecznie doszli do wniosku, że muszą to być enzymy. Następnie dr Wolf musiał określić, który ze znanych wówczas enzymów odpowiadał za wiele oddziaływań, to znaczy za kontrolowanie stanów zapalnych, korygowanie niedomagań o charakterze zwyrodnieniowym i rozbijanie komórek nowotworowych. Po latach testowania na zwierzętach różnych mieszanek enzymów, które nie wywoływały u nich szkodliwych skutków, udało się mu ustalić zasady terapii enzymowej, która sprawiła, że zdobył dużą renomę wśród wielu sławnych klientów wywodzących się z kręgów politycznych i artystycznyc. Przeprowadzono wiele badań enzymów, wskazujących na zalety terapii egzogennymi enzymami w wielu przypadkach immunopochodnych schorzeń. Alergia, nowotwór, choroby autoimmunologiczne, HIV i inne choroby wirusowe, infekcje bakteryjne oraz plagi chorób powodowanych przez grzyby i drożdżak – we wszystkich tych przypadkach terapia enzymatyczna jest bardzo pomocna. Jeden z bardzo interesujących faktów zaobserwowanych w trakcie terapii enzymami pochodzi z badań prowadzonych w Austrii. Wykazano w nich, że enzymy trzustki, jak również bromelaina i papaina stymulowały wytwarzanie czynnika powodującego obumieranie nowotworu. Tym czynnikiem jest cytokina zdolna do wywołania zniszczenia nowotworu i mogąca wywierać cytostatyczny i cytotoksyczny wpływ na zmienione komórki. Inaczej mówiąc enzymy nie tylko trawią obce ciała, ale są zdolne do aktywacji wytwarzania innych proteinowych produktów układu immunologicznego, zdolnych do likwidowania nienormalnego wzrostu komórek.

Terapią enzymatyczną metodycznie zajęli się uczeni niemieccy. Rozpoczęli od oryginalnego spostrzeżenia, iż surowica krwi od zdrowego pacjenta może zabić lub strawić hodowle komórek nowotworowych, podczas gdy surowica od chorego na nowotwór – nie. Rozciągnęli to na równie sensowne spostrzeżenie, że jeśli doda się surowicę od chorego do surowicy od zdrowego, to "chora" surowica może zahamować przeciwnowotworowe działanie "zdrowej". Doświadczenia te efektownie wykazały istnienie czynnych inhibitorów odporności w raku. Wykonali również pracę zapoczątkowaną przez Bearda, eksperymentując z wpływem enzymów na wzrost hodowli komórek rakowych. Jak widać terapia enzymatyczna nie jest jakąś tajemniczą nowością. Istniała już od dawna, zwłaszcza w prymitywnej, lecz wysoce efektywnej formie praktykowanej przez Bearda i współpracowników. Za czasów Bearda w użyciu były tylko 4 enzymy: trypsyna, chymotrypsyna, alfa- i beta-amylaza, jednak terapia działała podobnie. Gdyby właściwie kontynuowano rozpoczętą przez Bearda w latach 20-tych pracę, technologia wytwarzania enzymów poprawiłaby się. Do 1930 roku rak zostałby zepchnięty do grupy chorób drugo lub trzeciorzędnych, z okazjonalnymi zejściami śmiertelnymi. Samo już podawanie enzymów o poprawionej jakości w terapii wczesnego raka odwróciłoby ogólny trend w statystyce chorobowości. Natychmiastowe zastosowanie enzymów w rakach sutka, szyjki macicy, pecherza moczowego i jelita grubego zaraz po ich wykryciu, zmniejszyłoby w ciagu 3 miesięcy dzisiejszy odsetek śmiertelności w zadziwiającym stopniu.

KAWA KAWKA KAWUSIA KAWUCHNA KAWIZNA TRUCIZNA

Kawa_kawka_-_przy_biurku_smallBudzik współczesnego człowieka. Woda XXI wieku. Za PRL‑u – synonim luksusu. Za RP – synonim normalności. = Panie i Panowie, oto Wasz Bóg: K‑A‑W‑A.

 

Kaweczka dla syneczka?

“Nie wolno! Kawa jest tylko dla dorosłych!” – słyszeliśmy od wczesnego dzieciństwa. Słyszeliśmy, lecz czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się nad sensem tych słów, nad ich jakąkolwiek – najlepiej naukową – podstawą? Tak mówili nam dorośli, a przecież dorośli wiedzą najlepiej. Co prawda, byli to zazwyczaj ci z nich, którzy bez kawy nie mogli się obejść, jednak nas ów szczegół nie za bardzo ani obchodził, ani dotyczył – przecież my MOGLIŚMY się bez Niej obejść. Gdyby jeszcze tak zabraniali kawy jak zabraniali papierosów, pociąg pewnie byłby większy. Będąc dziećmi, nic nam nie mąciło naszego spokoju i dobrego samopoczucia, więc nie było co się nad tym naszym niepiciem kawy za bardzo użalać. Wtedy jeszcze mieliśmy lepsze rzeczy do roboty.

 Dziewictwo utracone

Lecz wcześniej czy później było to nieuniknione i któregoś dnia dostąpiliśmy inicjacji do życia we współczesnym społeczeństwie. Jeśli nie posmakowaliśmy jej już w domu rodzinnym, to pewnego dnia przyjęliśmy się zapewne do swojej pierwszej dorosłej pracy. Tam nie umknęła naszej uwadze kolejka za kawą w zakładowym bufecie, pełna rozgorączkowanych klientów, spragnionych nowej porcji podniety. Ich miny (oraz ich liczba) mówiły same za siebie. “Sześć miliardów fanów nie może się mylić!”

Dziś odszczepieńcom mówi się “NIE”, więc i my musieliśmy wreszcie poznać głęboki, palony smak dorosłości. Uff, jaka ulga…! Czy teraz już naprawdę jestem dorosły?

Tu wypadałoby, by Autor pokrótce opisał swój własny pierwszy raz. Było to w wieku lat 17. Autor, wraz z paczką kolegów w liczbie około dziesięciu, znalazł się w odległym mieście, gdzie jeden z członków paczki posiadał ciocię. Poważnym uchybieniem byłoby nie złożyć cioci wizyty, choćby kurtuazyjnej, ciocia zaś ze swojej strony poczuła się w obowiązku do uraczenia gości “czymś do picia”. Pytania “Co podać?” Autor nie pamięta; pamięta jednak wrażenie jakie zrobił na nim podany mu gorący, dziwnie pachnący, czarny napój (w domu rodzinnym Autora, czegoś tak ekscytującego się nie podawało). Notabene, to był piękny widok: dziesięciu chłopa, rzędem usadzonych na podłodze wzdłuż meblościanki, sączących czarne Coś z dziesięciu kubków, podanych im hurtem przez morową ciotunię.

Tutaj mała dygresja. Był to akurat czas, kiedy Autor świeżo zapoznał się z pojęciem “narkotyki”. Jedno, co o nich już wiedział, to że są one niedozwolone, ale ponoć nieźle kopią. Pamiętny więc owej wiedzy, Autor, z obwódką czarnego mułu na rozedrganych ustach, szepnął do siedzącego obok kolegi:

– “Ej, to chyba haszysz…!?”

Tak czy inaczej, ważne że chrzest bojowy został zaliczony, a kawusiowy bakcyl został załapany – teraz wystarczyło go tylko karmić. = Kawa, kawka, kawusia… Dorosłość ma niestety to do siebie, iż na pewnym jego etapie dobre samopoczucie – to typowo dziecięce – przestaje przychodzić do nas samo, ot tak – musimy je wtedy zacząć “okupować” poranną filiżanką kawy. Oczywiście na czczo, gdyż wtedy efekt jest najlepszy. Kolejne lata minęły i to my z czasem zaczęliśmy służyć nowemu pokoleniu za wzór do naśladowania. Lecz nie jesteśmy tu sami – nasze starania w edukacji nowego kawiarskiego narybku aktywnie wspierają dochodzące nas zewsząd doniesienia typu: “Picie kawy chroni przed cukrzycą”. [luxmed.pl] “Trzy filiżanki kawy dziennie chronią przed zawałem”. [kobieta.interia.pl] “Mała czarna chroni nawet przed rakiem ust i krtani”. [zdrowie.dziennik.pl] “Czy regularna konsumpcja kawy chroni przed rakiem piersi?” [potreningu.pl] = Albo kawa, albo choroba

“Od dawna starano się zgłębić korzyści, jakie dla zdrowia ma picie kawy. Wcale nie było jednoznaczne, że napój ten rzeczywiście jest dla nas dobry, niektórzy naukowcy dochodzili do zupełnie przeciwnych wniosków. I dopiero ostatnia praca dowodzi, że na dłuższą metę, miłośnicy kawy mają większe szanse na zdrowsze życie niż ci, którzy kawy nie lubią”. [zwierciadlo.pl] Schemat jw. powtarza się do znudzenia: do tej pory nie wiedziano tego na pewno, lecz TERAZ wiadomo to już na bank. Co prawda, świeżo odkryty prokawowy “pewnik” wkrótce upadnie pod ciężarem kolejnego antykawowego badania, ten jednak upadnie pod ciężarem “najnowszego” badania prokawowego. W praktyce, o tym gdzie leży prawda nie zadecyduje Prawda, a nasz osobisty wybór która gazeta mówi “prawdę” bardziej wygodną. Wystarczy więc gazetę z niewygodnym nagłówkiem przykryć gazetą z nagłówkiem bardziej nam przyjaznym i od tej pory spokojnie możemy oddać się “leczeniu” czarnym (lub zabielonym) napojem.

Lecz mijają kolejne lata, a problemy nie ustają, tylko zazwyczaj się nasilają. Wtedy – w zależności od naszej konstrukcji psychicznej – albo zmienimy dietę, albo postawimy pasjansa, albo zwiększymy dzienną dawkę kawy, albo wszystkiego po trochu, a do tego pójdziemy jeszcze do lekarza, by u niego szukać przyczyny naszego dziwnego samopoczucia. Mądry Doktor zapewne poleci nam wykonanie analizy krwi i moczu, na których opiera się tzw. badanie okresowe. Gdy badania będą już gotowe, Mądry Doktor obejrzy je i zawyrokuje: – “Proszę Pana/-i, proszę się nie martwić – wyniki są w normie”. Jednak wyniki swoje, a nasze samopoczucie swoje. Ono raczej nie będzie chciało dostosować się do lekarskich zapewnień. Po jakimś czasie pójdziemy więc do lekarza ponownie; być może do innego niż poprzednio. – “Ależ proszę Pana/-i, proszę się nie martwić – wyniki są w normie. Oczywiście, jak na Pana/-i wiek…” Tym razem – zamyśleni, skuleni – podrepczemy do domu, dochodząc do smutnego wniosku, że to już starość. A przecież na starość nie ma rady. Lecz wtedy być może wpadnie nam w ręce artykuł z cytatem jak poniżej, a wraz z nim wróci do nas nadzieja: “U starszych osób z łagodnymi zaburzeniami pamięci, które piją trzy filiżanki dziennie, nie rozwinie się choroba Alzheimera, a przynajmniej jej rozwój będzie znacznie opóźniony. (…)

Codzienne spożycie umiarkowanych ilości kawy z kofeiną przez osoby dorosłe wydaje się być najlepszą opcją dietetyczną mogącą długotrwale chronić przed utratą pamięci związaną z Alzheimerem”. [nauka.newsweek.pl] Że też na to nie wpadliśmy wcześniej: “Trzeba nam pić WIĘCEJ kawy!” – skonkludujemy. = (Pół)prawdy Kłamstwo ma zazwyczaj krótkie nóżki. Przeważnie łatwo jest je odróżnić od prawdy …chyba że do jego plewów dodane zostaną ziarna prawdy.

“Ziarna kawowca nie mają praktycznie żadnych wartości odżywczych, zawierają jednak znaczną ilość kofeiny, działającej stymulująco na nasz układ nerwowy, tj. uwalniającej adrenalinę do krwiobiegu, a rozszerzone naczynia krwionośne oskrzeli to lepsze dotlenienie organizmu”. Czy więc kawa pomaga dotlenić organizm? Z tego wynika, że tak! Czy dotlenienie mózgu to jedyny obszar zdrowia pozytywnie stymulowany przez kawkę? Ależ nie! Zmęczenie i senność: “Kofeina zawarta w kawie przyśpiesza akcję serca, na krótko podnosi ciśnienie krwi, przez co działa pobudzająco; usuwa zmęczenie i senność, poprawiając krążenie mózgowe, kawa zwiększa zdolność koncentracji i zapamiętywania, ułatwia kojarzenie myśli i w efekcie sprzyja wysiłkowi intelektualnemu.

Kofeina nie wydaje się być istotnym «winowajcą» przewlekłego nadciśnienia tętniczego. Naukowcy z Centrum Medycznego Uniwersytetu w Teksasie przebadali 10 tys. Amerykanów z nadciśnieniem tętniczym i nie znaleźli zależności między piciem kawy, a jej wpływem na podwyższanie ciśnienia”. Alergia i astma: “Kofeina zawarta w kawie zmniejsza wydzielanie histaminy przez organizm, przez co zmniejsza objawy alergii i do pewnego stopnia im zapobiega. Kofeina zawarta w kawie działa rozkurczająco na mięśnie gładkie oskrzeli i w efekcie picie 2-3 filiżanek mocnej kawy dziennie może zmniejszyć ataki astmy”. Serce: “Badania opublikowane przez amerykańskich (Harvard Univerisity School of Public Heath) oraz hiszpańskich naukowców (Medical School of the Universidad Autonomia de Madrid in Spain) zaprzeczają powszechnej opinii, że picie nadmiernej ilości kawy szkodzi sercu. Okazuje się, iż nie ma dowodu na to, że spożycie kawy wpływa na rozwój chorób serca. Badania były prowadzone od 1986 (przez 20 lat) i uczestniczyło w nich ok. 44 tys. mężczyzn i ok. 84 tys. kobiet”. UWAGA! Bardzo “dobra” nowina dla otyłych: “Kofeina sprzyja odchudzaniu. Naukowcy szwedzcy dowiedli, że kofeina zwiększa termogenezę, czyli proces, w którym nadmiar kalorii przetwarzany jest na energię cieplną, a nie tkankę tłuszczową”. Złagodzenie cukrzycy: “W jednych z pierwszych badań, przeprowadzonych przez „National Institute for Public Health and Environment” w Holandii, na próbie około 17 tys. Holendrów, wykazano, iż wraz ze zwiększoną konsumpcją kawy, spada ryzyko zachorowania na cukrzycę. Kawa wpływa pozytywnie na przemianę cukrów”. STOP! Jaki jest ukryty przekaz powyższej informacji? “Jedz cukier łyżkami, a nic Ci nie będzie – obyś tylko później pamiętał o kawie dla «zbalansowania pobranych cukrów»”. To jest tak proste! Idźmy więc dalej. Rak wątroby: “Z badania przeprowadzonego przez szwedzkich naukowców wynika, że picie 2 filiżanek kawy dziennie zmniejsza ryzyko zachorowalności na raka wątroby średnio o 43%. Wpływa na to zawarty w kawie przeciwutleniający polifenol – kwas chlorogenowy”. Wytrzymałość sportowców: “Z badania naukowego opublikowanego w Journal of Applied Physiology wynika, że popijanie napojów wzbogaconych kofeiną między treningami poprawia zaopatrzenie mięśni w glikogen, a to pozwala na osiąganie lepszych wyników. Inne badanie przeprowadzone na Uniwersytecie Illinois wykazało, że ekwiwalent kofeiny zawartej w dwóch filiżankach kawy podanej kobietom na 2 godz. przed jazdą na rowerze, zmniejszał późniejsze bóle o 40% w porównaniu z grupą kontrolną. Naukowcy sądzą, że dzieje się tak dlatego, że kofeina blokuje neuroprzekaźniki, sygnalizujące uczucie dyskomfortu podczas ćwiczeń”.

*** Czy można w ogóle dyskutować z tak przytłaczającą ilością argumentów na korzyść małej czarnej, i to argumentów popartych tak poważnymi badaniami? Byłoby ciężko, gdyby nie drobny szczegół… Oto ŹRÓDŁA w/w informacji (czytaj: sponsorzy badań): • International Coffee Organization (ICO) – Międzynarodowa Organizacja Kawy, • Coffee Science Information Centre – COSIC (Centrum Informacji Naukowej o Kawie), • International Coffee Science Association – ASIC (Międzynarodowe Stowarzyszenie Naukowe Kawy), • Institute for Coffee Studies (Instytut Badań Kawy) Skoro więc aż tyle organizacji "dba" o wizerunek kawy, czemu – na podobnej zasadzie – nie ma Instytutu Badań Marchewki? Czemu nie istnieje Międzynarodowa Organizacja Zielonej Herbaty, czemu nie założono Stowarzyszenia Naukowego Sezamu? *** “Norwescy badacze dowiedli, że kobiety pijące więcej niż kubek kawy dziennie mogą urodzić dziecko z niedowagą. Objęto nim dużą liczbę kobiet – aż 60.000. Pod uwagę wzięto nie tylko kawę pitą w formie napoju, ale również inne produkty zawierające kofeinę. Naukowcy zbadali wpływ kofeiny na dziecko. Okazało się, że noworodki, których matki spożywały jej więcej niż 200 miligramów kofeiny dziennie, w 62% przypadków były kwalifikowane po porodzie jako za małe. Co ciekawe, poprzednio podobne badania nie wykazały związku pomiędzy kofeiną, a wcześniejszym porodem (…)”. I tutaj pora na stricte “naukową”, przepełnioną troską o konsumenta puentę: “Dr Euan Paul z British Coffee Association podsumowuje: «Kobiety w ciąży powinny ograniczyć spożycie kawy do 200 miligramуw kofeiny dziennie, czyli do dwóch filiżanek»”. Gdyby któremuś z Czytelników to umknęło, powtórzmy: powyższy Pan z tytułem doktora należy do British Coffee Association, a jego przekaz jest jasny: “Dwie filiżanki są okej, więc pij je regularnie i nie skazuj biednych brazylijskich zrywaczy kawy (oraz ich pracodawców) na marny los”.

 Kawa to nie wszystko

“Uczeni z Uniwersytetu Harvarda, analizujący stan zdrowia 67.000 kobiet przez 20 lat, dowiedli, że panie, które piją cztery lub więcej filiżanek kawy dziennie, są o 25% mniej zagrożone rakiem trzonu macicy w porównaniu z paniami, które piją jedną lub mniej filiżanek kawy dziennie”. [zdrowie.dziennik.pl] Jak widzimy, dwie filiżanki to jednak za mała "ochrona", warto więc dołożyć kolejne dwie. A teraz na poważnie: Wypada tu jednak zadać nieśmiałe pytanie: czy wszystkie 67.000 kobiet miało identyczną dietę?? Czy żywieniowa przeszłość owych 67.000 kobiet była jeśli nie identyczna, to chociażby porównywalna? Wreszcie, czy owa “ochrona trzonu macicy” nie miała swoich “efektów ubocznych”? Jeśli nie wszystkie z badanych pań nadal żyją, może warto by sprawdzić co było powodem ich zgonu? Wszak i z zupełnie zdrowym trzonem macicy można skutecznie umrzeć od jednej z całego szeregu innych chorób. Istnieje podejrzenie, że “aż tak szczegółowe dane” w/w kobiet nie interesowały badaczy. Skąd więc pochodzi przeświadczenie, że to kawa pomogła owym kobietom zwalczyć (o 25%) raka? Ponadto, czy w/w kobiety cieszyły się lepszym zdrowiem od nie-Kawoszek również w innych obszarach? Wszystkie powyższe rewelacje zdają się sugerować właśnie taki scenariusz. Tu jednak machina propagandy prokawowej zaczyna podcinać własną gałąź, jako że gdyby kawa miała rzeczywiście tak wszechstronne działanie prozdrowotne, przy dzisiejszym jej spożyciu wszyscy Kawosze powinni być zdrowi jak rydze!

 Dwa kluczowe pytania

Podstawowym zadaniem w rozstrzygnięciu kawowego dylematu jest znalezienie odpowiedzi na dwa kluczowe pytania:

1. Czy picie kawy opóźnia efekty starości (czytaj: chroni przed chorobami), czy je de facto przyspiesza?

2. Czy tzw. “lepsze samopoczucie”

Kawosza bezpośrednio po konsumpcji porcji kawy to efekt tylko pozytywny, czy to raczej krótkotrwała, subiektywna korzyść, której narastające (negatywne) efekty uboczne zaczynają z czasem przerastać możliwości naszego organizmu do dalszej walki z tymi efektami? Poszukiwanie na nie odpowiedzi zacznijmy od bliższego przyjrzenia się jednej z cytowanych powyżej rewelacji: “Kofeina sprzyja odchudzaniu. Naukowcy szwedzcy dowiedli, że kofeina zwiększa termogenezę, czyli proces, w którym nadmiar kalorii przetwarzany jest na energię cieplną, a nie tkankę tłuszczową”. O kawie mówi się, że napędza przemianę materii, przez co stymuluje i wspomaga spalanie kalorii, na zasadzie wyjaśnionej powyżej. Czyżby więc spalanie kalorii było prostą funkcją ilości wypitej kawy? Czyżby organizm ludzki krył w sobie nieograniczony potencjał termogeniczny na zasadzie “Im więcej kawy wypijesz, tym więcej kalorii spalisz?”

  …kawucha, kawizna, trucizna

Trudno podążać za Prawdą gdy różne źródła podają różne dane, nie mówiąc o różnych ich interpretacjach. Jednak, co budujące, badania tak anty‑ jak i prokawowe są zgodne co do trzech faktów:

1. Kawa zawiera kofeinę,

2. Kawa zakwasza organizm (zmienia jego pH w kierunku odczynu kwasowego),

3. Kawa wypłukuje magnez. Spróbujmy zatem dojść Prawdy analizując TYLKO powyższe punkty zgodne

  Ad.1 – Kawa zawiera kofeinę “Bez kawy zaraz bym się rozsypała”. Po przyzwyczajeniu się do smaku, zapachu, rytuału parzenia kawy oraz wreszcie jej picia, jesteśmy już jej niewolnikiem, który całkowicie znalazł się pod wpływem uzależniającej kofeiny. Mówimy wtedy: „Bez kawy nie jestem w stanie funkcjonować”. By przetestować wartość poznawczą powyższych słów, dokonajmy eksperymentu porównawczego: 1) Przetrzymajmy narkomana kilka godzin na głodzie. Bądźmy w tym czasie konsekwentni: absolutnie żadnych działek! Czy pacjent będzie w stanie funkcjonować? 2) Następnie, podajmy narkomanowi jego zwyczajową dawkę narkotyku. Jak poczuje się po niej pacjent? Czy “będzie mu dobrze”? I na dokładnie tej samej zasadzie działa kawa, której krótkotrwały efekt Kawosz odbiera jako działanie dobroczynne. Nie wierzmy też w mit kawy z mlekiem, rzekomo neutralizującej kofeinę. Powstał on zapewne z faktu rozcieńczania kawy mleczkiem. Czy jednak mleko jest substancją na tyle żrącą, by “wypalić” z kawy całą kofeinę? “Piję kawę, bo mi służy”. Drogi Kawoszu, oto więc dobra wiadomość dla Ciebie: Kawa służy nie Tobie, a Twojemu, bardzo osobistemu Uzależnieniu. Możesz się więc śmiało zabrać za jej pozbycie. 🙂 Owszem, filiżanka mocnej kawy pomoże stłumić lekki ból głowy, ale jest równocześnie czynnikiem powodującym bóle głowy. Kofeina w pierwszym etapie działania może uśmierzyć poranną “migrenę”, jednak – rozszerzając naczynia mózgowe – doprowadza do “efektu odbicia”, powodując nawrót jeszcze silniejszego bólu. Jak się wtedy przed tym drugim bólem uratować? Oczywiście, drugą kawą… *** Mówi się, że picie kawy jest “jak uzależnienie”. Kochani Kawosze, powiedzmy to sobie szczerze: kawa nie jest JAK uzależnienie – ona JEST uzależnieniem.

  Ad.2 – Kawa zakwasza organizm Brak ruchu, ciągły stres, ale także nieodpowiednie odżywianie (w tym picie kawy) to główne czynniki powodujące zakwaszenie organizmu – cichego, lecz najpotężniejszego zabójcę współczesnego człowieka. Czym jest zakwaszenie i dlaczego nic o nim nie mówi lekarz z Twojej przychodni? Nasz organizm to nieustannie pracujący mechanizm. Każdy posiłek czy napój dostarcza mu substancje kwaśne i zasadowe. Nie mowa tu jednak o smaku, a o tym czy dany produkt rozkłada się na kwaśno, czy zasadowo. Np. czekolada i inne słodycze – choć słodkie w smaku – rozkładają się na kwaśno, a więc zakwaszają organizm, natomiast kiszone ogórki czy buraki to jedne z najlepszych odkwaszaczy. Kwasy to nic innego, jak produkt uboczny rozkładu białek i węglowodanów. Organizm usuwa je kilkutorowo. Głównym organem, który odpowiada za jego oczyszczanie z niepożądanych kwasów jest wątroba, która w idealnych warunkach radzi sobie ze swym zadaniem śpiewająco. Owe idealne wartunki to: młody i sprawny organizm, ale przede wszystkim jeszcze niezakwaszony organizm. Jednak przy złych nawykach żywieniowych (w tym regularnym piciu kawy), proces oczyszczania jest niezwykle utrudniony. Jeżeli organizm znajduje się w przewlekłym stanie zakwaszenia, dochodzi do ostatecznego wyczerpania rezerw buforów – substancji zasadowych, a ich niedobór prowadzi do poważnych problemów zdrowotnych, a w końcu do przedwczesnej śmierci. Nie dziwmy się więc, że budżet Służby Zdrowia każdego kraju tzw. wysoko rozwiniętego wymaga nieustannego ratunku. W ostatnich wiekach, człowiek wytworzył sobie kulturę szybkiego życia, w którym jednostka niewiele uwagi przykłada do tego co je, ile je, w jakich porach je i w jakim stanie emocjonalnym swoje posiłki spożywa. Utrzymanie równowagi zasadowo‑kwasowej (pH) jest więc dla nas niejakim wyzwaniem. Czy jesteś zakwaszony? Drogi Kawoszu, sprawdź poniższą listę najbardziej powszechnych symptomów zakwaszenia: • kręgi pod oczami, • bóle głowy i/lub kręgosłupa, • częste zaziębienia (spowodowane osłabieniem systemu immunologicznego), • chroniczne przemęczenie, • uczucie zmęczenia już po południu, szczególnie po “dobrym” obiedzie, • nerwowość, bezsenność, • mroczki przed oczami, • zawroty głowy, nudności, • niestrawność, zgaga, • gorycz lub kwas w ustach, • żylaki, opuchnięte nogi, • obłożony język, • wypadanie włosów, • uderzenia krwi do głowy, • obrzęki twarzy, brzucha, kolan itd. Jeśli sądzisz, że powyższe objawy to “normalne oznaki starości” – przygotuj się na dobrą nowinę: Zachwiany balans pH sprzyja wytwarzaniu toksyn oraz systematycznemu odkładaniu się toksycznych złogów, których każdy z Zakwaszeńców ma w sobie całe mnóstwo. Cała historia przeważnie zaczyna się od złogów w jelitach. Tak więc, choć kawa sama w sobie nie tworzy złogów, to do ich powstawania znacznie się przyczynia, jako że jest produktem, który powoduje zakwaszenie. Tu wróćmy do wspomnianej wcześniej rewelacji, tj. rzekomego wspomagania spalania kalorii poprzez picie kawy: “Kofeina sprzyja odchudzaniu. Naukowcy szwedzcy dowiedli, że kofeina zwiększa termogenezę, czyli proces, w którym nadmiar kalorii przetwarzany jest na energię cieplną, a nie tkankę tłuszczową”. Skoro kawa silnie zakwasza nasz organizm, to – choć na krótką metę pomaga kaloriom się “spalić” – zaburza ona cały system immunologiczny człowieka na dłuższą metę. Tak więc, systematycznie osłabiając nasz układ odpornościowy – mimo nawet lepiej spalanych w tym czasie kalorii – dojdzie wreszcie do sytuacji, gdzie efekty krótkotrwałe nie nadążą już niwelować wytrwale dokonywanych zniszczeń. Nasze ciało to przepięknie zaprojektowane naczynia połączone; czy więc na dłuższą metę wykonalne jest dbanie o zdrowie tylko na wybranych przez siebie, “ulubionych” odcinkach, bez konsekwencji dla reszty organów? Jest jeszcze drugi aspekt tej kwestii: coraz bardziej zakwaszony organizm w pewnym momencie przestanie reagować na oryginalne bodźce tak samo jak reagował przed laty. Wtedy kawa nas (na krótko) ratowała; później ratowała, lecz na coraz krócej – teraz już niekoniecznie. W efekcie, to tylko zawarta w niej kofeina (czytaj: uzależnienie, nawyk, codzienny rytuał) napędzać nas będzie do dalszego “ratowania” się kolejną filiżanką, bez której rzekomo “nie możemy funkcjonować”. Czym jest osteoporoza, wie każdy. Czym jest chroniczny ból kręgosłupa już w wieku lat 60 – to wie niejeden Kawosz. Czy jednak Kawosz połączy osłabienie kości kręgosłupa z piciem kawy? Zależności bezpośredniej nie ma, jednak wystarczy spojrzeć na poniższy łańcuch zjawisk:

1. Kawa to zakwaszenie.

2. Zakwaszenie to niedobór wapnia w organizmie.

3. Niedobór wapnia to sygnał dla organizmu, by pobrać go z własnych zasobów.

4. Gdzie znajdują się takie zasoby?

5. W kościach. Czyżby więc kawa mogła być odpowiedzialna za bóle kręgosłupa?

Jak najbardziej. *** Medycyna wschodnia (np. tybetańska) twierdzi, że wszystkie choroby metaboliczne biorą się z wątroby, która ma za zadanie oczyszczać organizm z toksyn. Gdy jednak jest przeciążona (kwaśnym odczynem pH organizmu, powodowanym m.in. przez kawę), wątroba nie daje rady. I nie pomoże nam wtedy żadna “ochrona wątroby o 43%” czy “ochrona przed rakiem trzonu macicy o 25%”. Nam samym zapewne również nie marzy się przyszłość w trumnie od jednej z licznych chorób powodowanych zakwaszeniem – za to z (ponoć) zdrowszym o X% innym organem. Zakwaszenie organizmu to toksyny; te z kolei powodują np. niedotlenienie komórek. W takim zaś środowisku bardzo dobrze rozwijają się m.in. komórki rakowe. Ale zaraz, przecież wcześniej pisali, że kawa POMAGA dotlenić mózg i przeciwdziała rakowi! Gdzie więc leży prawda? Prawda (ta pełna) jest jednak taka, iż niezakwaszonemu organizmowi nie trzeba sztucznie pomagać ani w dotlenieniu mózgu, ani w wykonywaniu innych jego funkcji. Czy więc kawa pomaga dotlenić mózg? Owszem, pomaga, a jest to pomoc tak samo “kompleksowa” jak wystawienie gołej głowy w mroźny dzień przez okno pędzącego pociągu – tlenu mamy pod dostatkiem, jednak mamy też owego “dotlenienia” efekty uboczne, które z czasem przyćmią wszystko inne. Co gorsza, kofeina zawarta w kawie spowoduje, że tego “dotleniania” zechcemy więcej i więcej, i więcej… Tak właśnie działa “zbawienna” kawusia.

Ad.3 – Kawa wypłukuje magnez Ten popularny napój skutecznie wypłukuje z naszego organizmu magnez. Jaką więc znaleźliśmy na to radę?

Rada nr. 1:

Jemy czekoladę, bo ta zawiera sporo magnezu. De facto, możemy pozwolić sobie na picie naszych kawek w dowolnej ilości, o ile pamiętać będziemy o “nadrobieniu” wypłukanego magnezu odpowiednią ilością czekolady. Iście diabelskie, choć bardzo wygodne rozwiązanie.

Rada nr. 2:

Łykamy magnezowe suplementy i “już w porządku mój żołądku”. *** Tak oto nauczyliśmy się “radzić” sobie z tym naszym natrętnym zdrowiem. Nic dziwnego, że jest ono w coraz bardziej opłakanym stanie, podczas gdy wcale być w nim nie musi.

Na czczo nie jem

“Kawa na czczo? Oczywiście, że szkodzi!!! Podrażnienia żołądka, wrzody i wszystkie tego typu historie to niestety prawda. Ale, jak to mówią, «na coś trzeba umrzeć»”. Mój znajomy ex-Kawosz, gdy słyszy podobne słowa, mawia: "Ale czemu od razu mielibyśmy umierać? Całkiem możliwe, że nie umrzemy od razu, a przez najbliższe 20 lat będziemy robić pod siebie, nasze dzieci będą wozić nas po szpitalach, a my uparcie będziemy trzymać się tego życia oraz swojej dotychczasowej diety, wydając fortunę na pigułki. «Na coś trzeba umrzeć – a tu nic, tylko życie!» Ja zaś mam takie marzenie, by do końca swoich dni podcierać się samemu". “Ja piję na czczo od dwóch dni i dziś mnie trochę przeczyściło, pewnie właśnie z tego powodu [picia na czczo – przyp. Autor]. Poza tym chwilę potem jest mi troszkę niedobrze, ale kawa na czczo podobno nieźle wspomaga trawienie, dlatego ja mimo wszystko dzień zaczynam od wypicia kawy. Poza tym, jak wypiję kawę rano, to jestem mniej głodna; zjadam mniejsze śniadanie niż zjadłabym nie pijąc wcześniej kawy. Oczywiście z cukrem i śmietanką …mniam mniam”. “Po kawie na czczo jestem mniej głodna” – oto “dalekowzroczne” motto dbającej o swoją linię, anonimowej Kawoszki. “Oczywiście z cukrem i śmietanką …mniam mniam” – ten fragment pozostawmy bez komentarza. Co zaś do rzekomego “wspomagania trawienia” poprzez wypicie przed śniadaniem kawy (lub każdego innego płynu), pomyślmy co stanie się z naszą strawą, gdy wrzucimy ją do żołądka z rozcieńczonymi w nim sokami żołądkowymi…?

  Kawa – styl picia i bycia

Zagadka: co jest największym sukcesem przemysłu kawowego? Czy odpowiedzią jest podniesienie w społeczeństwie świadomości o rzekomych prozdrowotnych walorach kawy? Skądże! To zostało już “załatwione” dziesiątki lat temu. Zdecydowanie największym jego sukcesem jest zdolność utrzymania w społeczeństwie tendencji, by ono samo kreowało rozmowy nt. picia kawy nie w kategoriach zdrowia, a kategoriach pasji, hobby; nawet w sposobie spędzania wolnego czasu. Kawa to nie kwestia zdrowia, a trendu. Kawa to styl picia i bycia. Nie “Czy pijesz?”, lecz “Jaką kawę pijesz?” Nie “Czy pijesz?”, ale “Czy słodzisz?” Nie “Czy pijesz?”, lecz “Czy pijesz z mleczkiem, czy bez?” Nie “Czy pijesz?”, ale “ILE pijesz?” Tak niewiarygodnym sukcesem nie może pochwalić się nawet przemysł farmaceutyczny, gdzie ciężko namówić kogokolwiek do atrakcyjności stylu “na lekomana”. Z kawą to jednak przechodzi na luzie. = Inne dane “Nadmierne przyjmowanie metyloksantyn – związków, do których należy kofeina (w kawie), teofilina (w czarnej herbacie) i teobromina (w czekoladzie) – ma związek z chorobami prostaty oraz zmianami włóknistotorbielowatymi w gruczołach piersiowych”. [dr E. Mindell, “Biblia Bezpiecznej Żywności”, str. 96] “Na Uniwersytecie w Minton (USA) przeprowadzono bardzo ciekawe doświadczenie z grupą 46 kobiet, u których stwierdzono guzy piersi. Lekarze polecili im, aby zrezygnowały ze spożycia kawy, herbaty, coli i czekolady. 19 spośród 46 kobiet z guzami piersi zastosowało się do zaleceń lekarzy i przestało spożywać w/w produkty. Potwierdzeniem eliminacji tych szkodliwych używek był charakterystyczny w takiej sytuacji objaw bólu głowy, który pojawił się po upływie doby. Na ból głowy zapadły wszystkie 19 pacjentek. Bóle utrzymywały się przez tydzień, lecz potem …ustąpiły! Lecz potem przyszły jeszcze ciekawsze wydarzenia. Wyniki doświadczenia były zaskakujące i przeszły najśmielsze oczekiwania badaczy, gdyż zaledwie po upływie 2-6 m-cy, u 13 na 19 tych kobiet nastąpił zanik guza piersi! U trzech spośród pozostałych sześciu, guzy piersi zniknęły po upływie półtora roku, ale to były te pacjentki, które wcześniej dodatkowo paliły papierosy. Tak więc na 19 pacjentek z guzami piersi, u 16 nastąpiło całkowite wyleczenie. W przypadku drugiej grupy, liczącej 27 kobiet, które nadal spożywały kawę, czarną herbatę, colę i/lub czekoladę, guz piersi zniknął tylko u jednej z nich”. [nadzieja.pl] Porównajmy 16/19 z 1/27. Odpowiedź nasuwa się sama. Co jednak ważniejsze, nie mowa tu o “obniżeniu ryzyka” wystąpienia guza, lecz o WYLECZENIU z niego!

 Czy boimy się normalności?

“Kawa jest często przyczyną stanów lękowych. Wszystkie napoje zawierające kofeinę (kawa, herbata, cola, czekolada oraz niektóre leki) powinny być wyeliminowane”. [dr A. Trash, “Alergia Pokarmowa”, str. 78] Szanowni Kawosze, przed Wami stoi prawdziwie życiowa decyzja: albo zdrowie (Wasze), albo nałóg (nie Wasz). Czy gra jest warta świeczki? Dla pocieszenia przyjmijcie do wiadomości to, iż Autor – po załapaniu “haszyszowego” bakcyla – pijał minimum jedną kawę dziennie i nie była to kawa byle jaka: słodzona trzema łyżeczkami cukru, podlewana dodatkowo 9% skondensowanym mleczkiem (słodzonym), płynęła na stolik, na biurko, na ławę, dzień w dzień – wszędzie. Był na kawę specjalny czas. Był na kawę specjalny kubek, z rysunkiem ulubionego kotka. Jednak po zapoznaniu się z powyższymi prawdami i półprawdami o swoim bogu, Autor ograniczył najpierw ilość cukru, potem procentowość mleczka, a jeszcze potem wyniósł słoik z kawą na strych. Wszystko w przedziale 1-2 miesięcy. Dało radę! W tym czasie, Autor ograniczał również inne “zakwaszacze”, przez co naturalnie zmniejszył obciążenie swego zakwaszonego (a jakże!) organizmu. A po kolejnym miesiącu nagle okazało się, że kawy ze strychu nie ma po co znosić, gdyż …przestała już Autorowi smakować. Dziś, już od ponad roku, każdy poranek Autora – zamiast od kawki – zaczyna się następująco: foto © Jacek W. Dla niektórych z Was, mądre byłoby zaopatrzenie się w alternatywny kubek kawy zbożowej. Dla innych, np. niskociśnieniowców, niegłupie byłyby żeń-szeń lub herbatki z liści rozmarynu i z dodatkiem kropli nalewki z arniki – nie mówiąc już o w miarę regularnych ćwiczeniach fizycznych. Ale da rady, należy tylko dać wiarę w porzekadło: Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie Jak nieźle bawisz Aż się naprawisz. *** Kochani, na początku zawsze jest ciężko, lecz Autor wierzy, iż nie takie wyzwania były przed Wami i też dawaliście jakoś radę. 🙂 Życząc Wam udanego powrotu do równowagi kwasowo‑zasadowej, Autor stuka się z Wami swoim ulubionym kubkiem z kotkiem, przekwalifikowanym jako nośnik zielonych, czerwonych, ziołowych i owocowych herbatek.

Na zdrowie!

Źródło:www.eioba.pl

Galangal

imagesChoć z wyglądu do złudzenia przypomina imbir, w przeciwieństwie do niego galangal nie zdobył jeszcze popularności w Polsce. A szkoda, bo to niezwykle zdrowy i ciekawy dodatek, który warto włożyć do garnka. Nie spotkamy go raczej na straganach czy stoiskach warzywnych w supermarketach. Dla miłośników tajskiej kuchni, która bazuje na tym korzeniu, to kiepska wiadomość. Nie znaczy to jednak, że w Polsce kupienie galangalu (spotyka się też nazwę gałgant), jest niemożliwe. Oferują go sklepy specjalizujące się w egzotycznych produktach z całego świata i oczywiście sklepy internetowe. Podobnie jak imbir, galangal jest rosnącym pod ziemią, jadalnym kłączem, cenionym przede wszystkim w kuchni azjatyckiej. Do potraw wykorzystuje się przede wszytskim dwa gatunki: Alpinia officinarum (inaczej alpinia lekarska) oraz galangal większy (Alpinia galanga). Jest jeszcze jest kencur (Kaempferia galanga). Pierwszy z nich w okresie średniowiecza miał się w Polsce całkiem dobrze. Dzięki Tatarom, którzy dodawali go do herbaty, trafił do Europy Środkowo-Wschodniej i był używany jako przyprawa do rozmaitych nalewek. I choć dziś trudno mówić o jego popularności w naszym regionie, to jedna z najbardziej znanych polskich wódek – Żołądkowa Gorzka – zawiera wyciąg właśnie z tego kłącza. W Azji Południo-Wschodniej niekiedy utożsamiany jest z indonezyjskim kłączem kencur (mają bardzo podobny smak). Alpinia lekarska od swojego większego kuzyna różni się nie tylko wyglądem (chudsze i dłuższe pędy), ale przede wszystkim smakiem. Jest bardziej aromatyczna i słodkawa, podczas gdy galangal większy (lekko różowy) smakiem bardziej zbliżony jest do imbiru. Jednak oba gatunki mają zdecydowanie silniejszą pieprzową nutę i więcej goryczki niż mylony z nimi imbir. Bez galangalu większego, którego trudno wyobrazić sobie kuchnię indonezyjską. Stanowi też ważny kulinarny składnik w Malezjii, Laosie i Tajlandii. Dodaje aromatu tamtejszym zupom, potrawkom, pastom curry, a także nalewekom. Azjaci cenią to kłącze zarówno za jego aromat, jak i właściwości prozdrowotne. Podobnie jak imbir stosowany jest jako lekarstwo na chorobę lokomocyjną. W naszej kulturze wytwarza się z niego pastylki, w Azji ssie się obrane kłącze. Galangal stosowany jest też w zaburzeniach żołądkowych i problemach z trawieniem. Roślina ta wykazuje też pewne właściwości psychoaktywne – rozjaśnia umysł i niweluje poczucie zmęczenia. Naukowcy z londyńskiego King's College przekonują także, że galangal ma właściwości antynowotworowe – osłabia komórki rakowe, jednocześnie wzmacniając właściwości obronne organizmu, przez co podwójnie wspomaga skuteczność terapii farmakologicznej. Z dobroczynnych właściwości galangalu korzystamy także w kuchni, dlatego warto zaopatrzyć się w tą mało znaną przyprawę i trochę poeksperymentować. Na polskim rynku najłatwiej dostać galangal suszony i mielony, a także w formie gotowych past. Jednak aby w pełni docenić jego aromat, najlepiej jest kupić świeży (100 g kosztje ok. 8 zł). Kłącze można przechowywać w lodówce, najlepiej w papierowym ręczniku. Nadaje się też do mrożenia. Przed spożyciem, podobnie jak imbir, należy go oskrobać. Zazwyczaj kawałki galangalu wyjmuje się po ugotowaniu – mają tylko oddać swój intensywny aromat. Jeśli jednak długo gotujemy potrawę i galangal zmięknie, można zjeść plasterki. Prawdopodobnie najbardziej znaną potrawą z galangalem jest tajska zupa tom kha. To także jedno z najbardziej popularnych dań w Tajlandii. Tan czysty wywar łączy w sobie bogactwo wielu aromatów: słodycz kokosa, pikantny smak galangalu i chili oraz kwasowość trawy cytrynowej i limonek. Można przygotować ją z wieloma dodatkami. Najpopularniejsze są jednak wersje z kurczakiem (gai) lub krewetkami (goong). W sieci na zupę tajską znajdziemy mnóstwo przepisów. Niektórzy upierają się, że mleczko kokosowe stanowi jej nieodłączny element, inni przekonują, że w tradycyjnym przepisie stosowano mleko krowie, a kokosowe upowszechniło się dzięki oczekiwaniom turystów. W przepisach różnią się też proporcje składników oraz niektóre dodatki. Z pewnością każdy znajdzie takie połączenie, które najbardziej mu odpowiada. My zachęcamy do spróbowania Tom kha gai według przepisu Gordona Ramsey'a z książki "Kuchnie Świata". Tom kha gai, czyli tajska zupa "galangalowa" z kurczakiem Składniki: – 200 ml bulionu drobiowego, – 400 ml mleka kokosowego, – 320 ml śmietanki kokosowej, – 6 poszatkowanych liści kaffiru, – 2 pokrojone w cienkie plasterki szalotki, – 2 łodygi trawy cytrynowej (należy je lekko zmiażdżyć), – 5 cm pokrojonego w cienkie plasterki galangalu, – 4 łyżki sosu rybnego, – wyciśnięty sok z 2 limonek, – 1 łyżka cukru palmowego, – 1 czerwona papryczka chili przecięta na pół i 2 posiekane w plasterki, – 3 piersi z kurczaka pokrojone w cienkie plasterki, – 100 g pokrojonych w plastry boczniaków, – pół pęczka posiekanej kolendry, – kilka gałązek posiekanego szczypioru. Wykonanie: Do garnka wlewamy bulion, mleko i śmietankę kokosową. Dodajemy liście kaffi, szalotkę, trawę cytrynową, galangal, sos rybny, sok z limonek, cukier palmowy i jedną przeciętą na pół papryczkę. Gotujemy około 20 – 30 minut na małym ogniu. Po tym czasie zupę odcedzamy, wyciskając mocno wszystko wyjęte z niej składniki. Do tajskiego bulionu dodajemy pokrojonego drobno kurczaka oraz grzyby i gotujemy ok. 5 min. Zupę podajemy posypaną kolendrą, szczypiorem i posiekanymi papryczkami chili.

AD/mmch/kuchnia.wp.pl

Kawa orkiszowa

indeksIstnieje wiele zamienników dla tradycyjnej kawy. W Polsce najpopularniejsze jest picie napojów zbożowych, które choć w ziarnami kawowca nie mają nic wspólnego, to smakują bardzo podobnie do kawy. Najwięcej walorów zdrowotnych ma kawa orkiszowa. W XII wieku Hildegarda z Bingen, uzdrowicielka i mistyczka, przeorka klasztoru benedyktynów pisała, że „orkisz jest najlepszym ziarnem zbożowym, działa rozgrzewająco i natłuszczająco i jest wartościowszy i łagodniejszy niż inne ziarna (…) Prowadzi do dobrej krwi, daje rozluźniony charakter i cnotę zadowolenia”. Uzdrowicielka w swoich zapiskach wymieniła aż 17 zalet tego zboża. I trudno się dziwić, skoro ten kuzyn pszenicy zwyczajnej ma więcej składników mineralnych i witamin niż jakiekolwiek inne pszeniczne ziarno. Orkisz lepszy niż pszenica zwyczajna Orkisz jest to jeden z najstarszych podgatunków pszenicy, obecnie uprawiany jest głównie w gospodarstwach ekologicznych w stosunkowo niewielkiej ilości, przede wszystkim w Niemczech, Włoszech i Francji, ale również w Czechach i Słowacji. Trudno dziś uwierzyć, że jeszcze w XIX wieku orkisz był bardziej popularny niż pszenica zwyczajna, zwłaszcza na Pomorzu i Kujawach. Coraz mniejsze zainteresowanie orkiszem spowodowała masowa produkcja pszenicy, w szczególności tej zwyczajnej (triticum vulgare). Na szczecie aktualnie wielkość upraw tego "zapomnianego zboża" sukcesywnie rośnie, przyczyniając się do popularyzacji jego zdrowotnego działania. Zmniejszenie popularności ziarna orkiszu wyszło mu na dobre, nie zdążył on bowiem przejść popularnego w dzisiejszych czasach ulepszania. Dzięki temu jest on bardziej ceniony niż ziarno pszenicy zwyczajnej. Badania przeprowadzone w Polsce wykazały, że orkisz ma o ok. 30-47 proc. więcej białka i jest bogatszym źródłem błonnika pokarmowego. Co więcej, w ziarnach tej pszenicy występuje w większej ilości łatwiej przyswajalny gluten, a także zawiera ona więcej cynku, miedzi i selenu, a także witamin A, E i D, a aktywność witaminy E jest o 1/3 większa niż w pszenicy zwyczajnej. Orkisz dobry na wszystko Orkisz przynosi ulgę w dolegliwościach przewodu pokarmowego oraz alergiach, dodatkowo zwiększa odporność organizmu i usuwa toksyny. Trzydziestoletnie badania prowadzone w Niemczech przez doktora Gottfrieda Hertzkę i naturoterapeutę Wigharda Strehlowa wykazały, że spożywanie orkiszu regeneruje cały organizm, przywracając zdrowie. W przytoczonych badaniach pozytywne wyniki u 80 proc. badanych. Naukowcy wykryli w ziarnie tej rośliny obecność rodanidu, substancji biologicznie czynnej, która jest naturalnym antybiotykiem występującym w ślinie, krwi i mleku kobiecym. Składnik ten działa przeciwnowotworowo, chroni przed zakażeniami oraz wzmacnia serce i układ nerwowy. Tłuszcz orkiszu zawiera również dużo fitosteroli, dzięki którym obniża poziom cholesterolu we krwi. Dodatkowo w ziarnach znajdziemy również znaczne ilości kwasu krzemowego, korzystnie wpływające na wygląd włosów, skóry i paznokci oraz na zdolność zapamiętywania. Kawa z przyprawami Kawę orkiszową można przygotowywać zarówno na ciepło, jak i na zimno – z kostkami lodu. Wystarczy jedną łyżeczkę kawy rozpuszczonej lub granulatu zalać wodą. Można również dodać mleka, miodu lub cukru, a także przypraw np. cynamonu, imbiru, wanilii, kardamonu, anyżu. Taka kawa może też stanowić dodatek do lodów. Z orkiszu wytwarza się również wiele innych produktów. Dostępne są kasze, mąka, pieczywo, ziarno, otręby, płatki czy syropy.

Źródło wp.pl

Szafran

szafranSzafran jest najdroższą przyprawą na świecie. Zwykle możemy kupić go w maleńkich opakowaniach, zawierających po kilka cennych źdźbeł – większe ilości przyprawy kosztują tysiące złotych. W polskiej kuchni jest raczej rzadko używany i niedoceniany. Tymczasem warto zaznajomić się z szafranem – nie tylko posiada subtelny smak, lecz także, dzięki bogactwu dobroczynnych substancji, ma pozytywny wpływ na zdrowie. Dlaczego szafran jest taki drogi? Na cenę tej przyprawy mają wpływ dwa czynniki: po pierwsze, aby wyprodukować szczyptę szafranu, potrzeba tysięcy kwiatów. Te czerwone niteczki to nic innego jak słupki kwiatowe krokusów z rodziny crocus sativus (szafran ), rosnących głównie w Azji oraz na południu Europy. A więc, aby zebrać 45 dekagramów słupków krokusów, potrzeba ponad pięćdziesiąt tysięcy kwiatów. Drugą przyczyną wysokich kosztów uprawy szafranu jest konieczność ręcznego zbierania cennych części kwiatów – żadna maszyna nie jest w stanie oddzielić delikatnych czerwonych niteczek od reszty kwiatu. Poza tym zbieracze szafranu muszą zdążyć ze zbiorem w bardzo krótkim okresie kwitnięcia, dlatego kiedy krokusy dają pierwsze kwiaty, pracują oni bez przerwy dzień i noc. Wspomaganie diety odchudzającej Szafran znany był już w starożytności jako środek barwiący oraz leczniczy. Sekret przyprawy tkwi w jej składzie – słupki szafranu uprawnego zawierają 150 substancji czynnych, odznaczających się właściwościami leczniczymi. Oto, jak możemy wykorzystać szafran. Kiedy jesteśmy na diecie, najgorsze są momenty, gdy mamy ochotę sięgnąć po jakąś przekąskę. Nasz apetyt będzie jednak znacznie mniejszy, jeśli spożywane posiłki doprawimy odrobiną szafranu. Substancje zawarte w tej przyprawie stymulują w organizmie produkcję serotoniny – hormonu odpowiedzialnego za dobre samopoczucie, ale także biorącego udział w regulowaniu apetytu. Ponadto, spożywanie szafranu ma pozytywny wpływ na układ krążenia, zaś dobre krążenie krwi przyspiesza proces przemiany materii. Jako naturalny środek przeciwdepresyjny W medycynie chińskiej szafran używa się przy "zatrzymaniu cyrkulacji energii w wątrobie", co objawia się, według chińskich medyków, między innymi spadkiem nastroju. Chorzy spożywający szafran podobno szybko wracają do równowagi. Nie tylko Chińczycy docenili tę przyprawę jako środek rozweselający. Nad szafranem prowadzili badania naukowcy z Iranu, którzy dowiedli, że przyprawa ta ma właściwości antydepresyjne i może być z powodzeniem stosowana u pacjentów leczących się z depresji – spożywanie jej zwiększa we krwi ilość dopaminy i serotoniny – "hormonów szczęścia", odpowiedzialnych za dobre samopoczucie. Co ciekawe, irańscy specjaliści porównali działanie szafranu ze znanym na całym świecie preparatem Prozac, używanym powszechnie podczas terapii osób z depresją. Okazało się, że spożywanie szafranu przynosi podobne rezultaty, a w dodatku, w przeciwieństwie do farmaceutyku, nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Pozytywne skutki terapii obserwowane są u pacjentów bardzo szybko – ich stan poprawia się już w pierwszym tygodniu terapii. Jako środek przeciwbólowy Właściwości przeciwbólowe szafranu znane były już w starożytności. Substancje w nim zawarte mają działanie rozkurczowe i rozluźniające, dlatego spożywanie przyprawy zaleca się w przypadkach bólów brzucha (jelit) oraz stawów. W dawnych czasach szafran używany był także jako remedium na bolesne miesiączki. W trakcie trwania menstruacji warto więc wzbogacić dietę w dania przyprawione tą przyprawą. Jako środek opóźniający starzenie Szafran zawiera duże ilości dwóch przeciwutleniaczy: likopenu i beta-karotenu, które mają zdolność neutralizowania wolnych rodników, będących przyczyną starzenia się komórek. Inną substancją występującą w szafranie, która opóźnia proces starzenia, jest witamina B2. Witamina ta bierze udział w regeneracji komórek skóry, dlatego spożywanie jej ma znaczenie z punktu widzenia kosmetyki. Ponadto okładów z szafranu używa się w medycynie chińskiej w celu usuwania toksyn ze skóry oraz przy leczeniu wysypek. Jako środek opóźniający starzenie Szafran zawiera duże ilości dwóch przeciwutleniaczy: likopenu i beta-karotenu, które mają zdolność neutralizowania wolnych rodników, będących przyczyną starzenia się komórek. Inną substancją występującą w szafranie, która opóźnia proces starzenia, jest witamina B2. Witamina ta bierze udział w regeneracji komórek skóry, dlatego spożywanie jej ma znaczenie z punktu widzenia kosmetyki. Ponadto okładów z szafranu używa się w medycynie chińskiej w celu usuwania toksyn ze skóry oraz przy leczeniu wysypek.

Źródło wp.pl

Sałatka ze szczawiu i mleczy

 

SC_1385

 

Do 1 garści sałaty ( ok 30g) dodać 30g młodego szczawiu i 30g liści mlecza. Szczaw i mlecz należy drobno posiekać, na wierzchu położyć 10 orzechów włoskich, polać 1 łyżką miodu i łyżką oleju słonecznikowego. Na konieć wymieszać.

Ważne melcz należy przygotować tak jak w przepisie sałatka z mlecza żeby nie był gorzki.

Sałatka z pokrzywy i mlecza

images i pokrzywa

Drobno posiekać garść młodych liści pokrzywy, dodać 1 łyżkę stołową soku z cytryny, łyżkę soku z kiszonej kapusty oraz łyżkę oleju słonecznikowego. Oprócz tego dodać 1 małą łyżeczkę pokrojonej cebuli, a z wierzchu posypać 60g ( dwoma garściami) posiekanych zielonych czści mlecza oraz mielonymi orzechami włoskimi ( 10-15g)

Ważne mlecz należy wymoczyć w chłodnej wodzie z solą żeby nie był gorzki dokładna receptura w przepisie sałatka z mlecza