jakie tabletki na cellulit undefined

Kategorie

 oczyścić organizm z ołowiu
zielona kawa forum
 jak stosowac acai berry 900
 szybkie odchudzanie dla mężczyzn
 cykl 2 miesieczny sterydy
afilliate program

Wasze historie w walce z chorobą

Tak chciałabym, żeby oprócz mnie, było tu więcej życia tych, którzy o nie muszą walczyć każdego dnia, którzy potrzebują wsparcia, wygadania się, pomocy przyjaznych dusz, wymiany cennych informacji.  Nieważne czy walczycie chemią, radio czy innymi metodami. Piszcie wymieniajmy się wiedzą, doświadczeniami, smutkami i radościami. Kochani ja postaram się nadal wyszukiwać dla was i dla mnie cenne informacje które niewątpliwie są dla nas  orężem do walki,  wy opisujcie swoje historie. Będę je publikować i wspólnie, łącząc wszystkie siły będziemy dążyć do WYGRANEJ.

Jacek:

Tylko Bóg wie kiedy się zaczęło, ja jednak mślę że wiele wieków temu, Bóg wiedział o moim narodzeniu. Jestem dzieckiem Bożym z odzysku, wyrwanym z paszczy ryczącej bestii. Moja historia jest raczej burzliwa na wielu płaszczyznach a szczególnie na płaszczyznie życia duchowego. Pochodzę z rodziny wierzącej, wielodzietnej i pod wieloma względami normalnej. Jestem trzecim dzieckiem z siódemki,a prawie każdy z nas do tej pory potrafił już sobie życie pokręcic na wiele sposobów i nalogów. Wychowałem sie na wsi a od 12-tego roku życia do 18-tego mieszkałem w Krakowie. W tym okresie jeździłem na Oazy młodzieżowe kilkukrotnie. Wcześniej jeździliśmy jako rodzina na rodzinne, tez kilkukrotnie. Moja matka jest osobą bardzo wierzącą i starała się nam wiarę przekazać jak mogła, lecz coś było nie tak ponieważ w tej chwili większość dzieci jest bardzo oddalonych od Boga i ma przeróżne problemy życiowe. Ja mam 43 lata, a kilka lat temu byłem juz tak blisko dna, że tylko Bóg mogł temu zaradzić. Ale o tym za chwilę. Jeszcze na Oazie miałem wizję lub sen kiedy to Jezus zapraszał mnie aby pójść za Nim. Nie poszedłem. Najpierw pierwsza miłość, młodzieńcza grzeszność, która przerodziła sie w nałóg dręczący mnie całe życie, później emigracja do Usa i tak się moje powołanie rozmydliło. Mój najlepszy przyjaciel z Polski wstapił do seminarium ale po 3 latach zrezygnował. Na emigracji życie się toczyło szybkim tempem, na poczatku trwałem w milosci do dziewczyny w Polsce ale kiedy ona zrezygnowała po prawie dwóch latach to i ja zrezygnowałem, ale z Boga. Obraziłem się na Boga za to, ze mnie zawiódł i odwrłcilem się od Niego całkowicie na następne dwadzieścia lat z przebłyskami powrotów i tęsknoty za Nim. Wielka milość. wielki upadek. Myśle jednak, że Bóg ze mnie nie zrezygnował i nawet przyznam, że nigdy tak nie myślałem. Powoli przestawałem chodzić do kościoła, zaplątałem się w małżeństwo beznadziejne, którego owocem jest moja najstarsza córka i rozwód już 15 lat temu. Tak moje życie przekształciło się z bogobojnego w chulaszcze i powoli całkowicie oddaliłem się od Boga. Przy okazji gdzieś pojawił się mój syn, bez związku a później terażniejszy związek, który od kilku lat jest sakramentalny. Mamy dwójkę kochanych dzieci i dwoje dochodzących na weekendy. Nawet po naszym ślubie po wcześniejszym unieważnieniu mojego pierwszego ślubu, do Komuni byłem raz, na własnym ślubie. Moja spowiedź byla bez sensu, ładu i składu. Tak wszystko w locie aby można było mieć ślub Kościelny, chyba bardziej dla rodziny i babci niż dla nas. Moja żona wierzyła tylko w metryce a ja już tak bardzo zobojętniałem, że Bóg był dla mnie gdzieś tam odległy i nieobecny. Wtedy już wiele lat nadużywałem alkoholu jak zresztą cała moja rodzina. W momecie ślubu byłem alkoholikiem ale wcale tak nie myślalem wtedy. Umialem pić w ukryciu i mydlić oczy wszystkim wokół. Alkoholik po czasie staje sie expertem w ukrywaniu własnego nałogu oraz w kłamaniu. Tak nasze życie się toczylo bez sensu i celu. Moja żona narzekała i nie umiała sobie ze mną radzić, sama ma ojca alkoholika, więc dla niej wiele spraw wydawało się normalnych, zresztą dla mnie też, u nas w domu alkohol taty był na porzadku dziennym. Od wielu lat mam busines, który zawsze zapewniał mi dobry status i nigdy nie brakowało mi pieniędzy, co jeszcze bardziej sprzyjało mojemu stylowi życia. Nie interesowała mnie rodzina w głębszym tego słowa znaczeniu ale tylko powieżchownie i z konieczności. Moja żona przy mnie trwała i nic nie mogła zmienić, nawet nie umiała sie za mnie modlić, bo nikt jej nie nauczył.To były lata pustki duchowej, dla mnie to już był 16 rok pustki duchowej. Od ślubu wszysko zaczynało być gorzej, powoli mój alkoholizm zaczynał dokuczać i to juz nawet mnie samemu. Wielu ludzi nawet nie powiedziało by że jestem w takich klopotach wewnętrznych. Sam w to nie wierzyłem, piłem dużo w samotności, kłócilem się z żoną żeby mieć więcej czasu na samotność i mojego bożka alkoholowego. W tym czasie żona wyjechała do Polski ratować ojca z nałogu a ja w swoim nałogu zostałem sam na kilka tygodni, spotykając znowu na drodze mojego życia starą milość, pierwszą milość. I demon pierwszej miłości, która tak bardzo mi zawrociła w głowie, że potrafiłem odrzucić Boga, powrócił po 20-tu latach w bardzo porządanym momecie. Tego mój zkołowany mózg i uzależniony duch nie mogł już przezwycięży. Szybki romans i po powrocie mojej żony szybka wpadka, wlaściwie po pijaku się wygadałem. Miał być rozwód, byłem oczywiście zakochany i zmęczony małżeństwem, które i tak bylo już martwe. Lata naruszania wszelkich praw malżeńskich i rodzicielskich, wraz z alkoholizmem i ciągłym życiu w stanie grzechu ciężkiego, zrobiły swoje i diabeł nie miał dużo trudności aby to zakończyć i pogrążyć mnie w jescze gorszej sytuacji duchowej, emocjonalnej i życiowej. Beznadziejnej. W ostatniej chwili miałem jeszcze silę poprosić Ducha Świętego o światło, w sumie to byłem przekonany, że robię dobry wybór i że tak wlaśnie mialo być. Od kilku lat nie umiałem się modlić, miałem silę odmawiać tylko "pod Twoją obronę", i to chyba wystarczyło. Następnego dnia Duch Święty pokazał mi obraz rozpaczy i bólu mojego małego dziecka. To wystarczyło aby zmienić decyzje, przeprosic i spróbować powstać z gruzów totalnego zniszczenia rodziny, uczuć, emocji i ducha. Fizycznie byłem przemęczony, z lekkim paraliżem lewej strony ciała. To był przełom, zacząłem próbować nie pić z kilkoma przerwami ale to nie robiło. W tym czasie modliłem się do Ducha Świętego codziennie o światło i pomoc. Zdecydowałem, że wezmę zastrzyk, który nie pozwoli mi pić przez rok. Tak też zrobiłem ale zanim to się stało to szatan walczył ze mną i o mnie jak tylko mógł, prawie że zrezygnowałem i odkładalem z tygodnia na tydzień. W końcu się stało, nie mogłem pić. Jak kamień z serca, nie musiałem walczyć już więcej z samym sobą i szatanem. Wtedy powiedzialem Bogu, że teraz to niech On sobie rządzi bo moje rządzenie się doprowadziło do destrukcji wszystkiego co dobre w moim życiu. I tak Bóg zrobił, Jezus tylko na to czekał. Ale to nie z Jezusem miałem pierwsze przeżycia w nawróceniu. Po 10 miesiącach chaotycznej ale systematycznej modlitwy do Ducha Świętego wyjechaliśmy na rekolekcje dla małżeństw, nasze drugie a pierwsze po burzy a może kataklizmie malżeńskim. W tym czasie nie piłem ale jeszcze paliłem i to nie tylko papierosy ale Duch Święty dał mi do zrozumienia abym nie przychodził do świątyni w takim stanie. Wiec na haju obiecałem Mu posłuszeństwo i uzgodniłem spowiedź następnego dnia. Tej nocy na czuwaniu i modlitwie, podczas kazania na temat ojca, uzmysłowiłem sobie jakim tragicznym ojcem byłem do tej pory. Bóg otworzył mi serce, oczy i mózg abym przejżał i zobaczył wlasną nędzę, tylko rąbek nędzy abym nie przepadł w rozpaczy. Ale z tą nędzą dał mi też fizycznie odczuć ogrom Jego Miłości Ojcowskiej. Teraz mogę pisać ze zrozumieniem ale wtedy nie miałem pojęcia co się ze mną działo. Prze godzinę leciały łzy oczyszczenia w półmroku i nawet nie wiem czy ktokolwiek zauważył, ale byłem mokry od łez a serce przepełniała taka ogromna milość i tęsknota za Tatą. Spowiedź trwała ponad dwie godziny podczas spaceru, i też leciały łzy. To byl początek nowego życia. Który to już początek, takich przełomów przez następne dwa lata mialo być setki. Po powrocie do domu dowiedzieliśmy sie, że ciąża mojej żony jest zagrożona i wtedy już wiedziałem do kogo mam sie zwrócic. Zacząłem prosić o modlitwę wspólnotę i znajomych i tak zacząłem dzielić się z nimi Bogiem i nawróceniem. Dziecko ma prawie dwa lata i jest zdrowe jak ryba a moje nawrócenie opisuję do dzisiaj ale już mniej chaotycznie. Oczywiście wszyscy myśleli na początku, że zwariowałem, że to dewiacja w miejsce alkoholu ale w miarę czasu zmieniają zdanie a coraz więcej z moich znajomych i rodziny skłania się ku Bogu, powoli, z wielkim trudem ale widocznie. Bóg Ojciec zabrał mnie w moim nawróceniu do wielu komnat Św. Teresy, myślę że dane mi było w chwilach uniesienia przebywać w 5 nawet szóstej komnacie. Spędzałem wiele godzin na codziennej modlitwie, adoracji, Mszy Świętej. Przerobiłem wszystkie prawie modlitwy i dewocje. Wysłuchałem setki godzin wykładów i przeczytałem tysiące stron. Byłem i jestem ogromnie głodny wiedzy o Bogu i tych, ktorzy Go blisko doświadczyli. Miałem na początku wiele pokus i wiele wątpliwości. Szatan starał się mi wmowić, że Bóg do takich grzesznikwó jak ja nie zbliża się tak blisko i ze są to moje urojenia. Miałem trzykrotnie fizyczne doświadczenia złego, który siedział na mnie i dręczyl mnie wręcz fizycznie w pierwszych miesiącach nawrócenia. Od mometu jak zacząłem każdego wieczora zapraszać Jezusa do serca przed snem i to ustało. Moja ufność wzrosła i wzrasta każdego dnia a bez bliskiej rozmowy z Bogiem podczas dnia w różnych formach, czułbym się źle, samotnie. Bóg Ojciec nie zabiera mnie już do komnat ale prawie codziennie przeżywam poruszenia serca w modlitwie czy zwykłym westchnieniu. Mam pokój Jezusa. Czasem Matka moja zabiera mnie pod Krzyż i doświadczam trochę Jej cierpienia, którego nie da się opisać, można tylko razem z Nią cierpieć. Gdzieś po drodze Jezus Miłosierny uwolnił mnie od nałogu, modląc się przed obrazem MB poczułem gorąco w moim ciele i wiedziałem, że już nigdy się nie napiję. Później Matka Boża pomogła mi uwolnić się od palenia trawy a pół roku temu porzuciłem papierosy z wstawiennictwem Jana Pawla II poprosilem Matke Boza Czestochowska o pomoc przed Jej obrazem jednym z tutejszych kościolów. To byla pasterka, od tej pory nie palę i nawet nie mam ochoty palić, jedynie co to się modlę jak mnie coś nachodzi. Innego uwolnienia doświadczyłem zaraz po powrocie z rekolekcji kiedy to Duch Święty całkowicie uwolnił mnie od grzechow nieczystości a moje myśli choć doświadczają pokus codziennie nigdy do tej pory nie poddały się takim pokusom. Kiedyś było to bardzo łatwe i wręcz porządane. Teraz czuję ogromną bojaźń aby nie zasmucić mego Pana i Boga żadnym grzechem. Jeżeli już to poprostu wpadam w pułapki złego, który jak wiemy jest od nas i mądzrzejszy i silniejszy, lecz nie wtedy kiedy jesteśmy blisko Boga. Nasze małżeństwo dużo przeżyło przez te dwa lata ale wszystko w kierunku wzrostu ku dobru i miłości. Nasza milość jest do tej pory bardzo zraniona i powoli wylizujemy się z wielu ran przeszlości. Z pomocą i błogosławieństwem Jezusa uczymy się na nowo kochać i żyć w zgodzie i pokoju. Przeżywamy jeszcze chwile walki i słabości ale jednocześnie wzrastamy i doznajemy coraz więcej łaski pokoju i milości w naszym związku. Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba długo naprawiać to co się długo psuło. Dużo jest w tym prawdy ale Jezus poradził sobie z moimi nałogami w bardzo krótkim czasie a jedynie co zostało to rany serca i duszy, które wymagają uzdrowienia. To jest rzeczywiście powolny ale widoczny proces a co najważniejsze nie jest to proces w samotności ale z Jezusem w sercu, z Jezusem ktory ŻYJE i JEST zawsze z nami. Nawrócenie trwa całe życie i nie mam zamiaru zwolnić tempa. Uczęszczam na codzienną ucztę Eucharystyczną, codziennie odmawiam przynajmniej 5 tajemnic Różańca, dwa razy w tygodniu dodaję Różaniec Siedmiu Boleści Maryji, adoruję Jezusa po codziennej Mszy Świętej oraz przy innych okazjach. Już nie tyle co kiedyś, to był raj codzienna adoracja, przynajmniej godzinę. Ale kolidowało to z moim życiem rodzinnym i zawodowym więc poprosiłem Jezusa o zwolnienie tempa, co też pomógł mi uczynić i wprowadził zdrowy balans do mojej codziennej modlitwy i życia duchowego. Nie opuszczam codziennej modlitwy lub medytacji a wlaściwie mój kontakt z Bogiem pozostaje przez caly dzień. Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiam kilka razy dziennie w tym o 3pm prawie zawsze, w miarę możliwości. Bardzo cenię sobie Boże miłosierdzia i nie mogę się nadziwić cudowności i dobroci Boga na codzień. Sam doświadczyłem tego piękna Bożego Miłosierdzia w moim życiu i tym się z wami dzielę. Chwała Panu.

Historia Bogdana

Mój teść Bogdan nie żyje. Zmarł 24 lipca 2012 roku. To dzięki niemu mój mąż i ja zwróciliśmy uwagę na medycynę alternatywną i poznaliśmy dietę dr Budwig. W 2000 roku Bogdan usłyszał bowiem diagnozę: guz nerki prawej. Komentarz lekarza brzmiał: „Ma Pan 3 miesiące życia.” Częściowo początek tej historii opisałam tutaj: Dieta dr Budwig – dlaczego ją promujemy. Oto cała historia Bogdana. Diagnoza Tuż przed Wigilią 2000 r. w trybie pilnym zrobiono Bogdanowi badanie tomograficzne. Wykonane wcześniej badanie USG pokazało, że w jego prawej nerce tkwi duży guz (wielkości kurzego jajka). Gdyby nie wypadek w pracy (Tato spadł z drabiny z wysokości pierwszego piętra, montując klientowi kolektor słoneczny, w wyniku czego pojawił się krwotok z pęcherza) o guzie – zapewne – nie wiedzielibyśmy jeszcze długo. Lekarze nalegali na pilną operację (wycięcie całej nerki prawej), a następnie kontynuowanie leczenia w postaci chemio- i radioterapii. Mimo tego nie dawali szans na wyleczenie 🙁 I być może ta właśnie „szczerość” obudziła w nas odwagę, by zakwestionować sens proponowanych terapii szpitalnych. Wiadomo było jednak, że odrzucając to, co oferują lekarze, trzeba znaleźć alternatywę. Terapia alternatywna Ratunku szukaliśmy przede wszystkim w internecie. Na początku Tato przeszedł intensywną 3-miesięczną kurację detoksykacyjną ziołami andyjskimi, w tym vilcacorą. W tej sprawie konsultowaliśmy się z Andean Medicine Center w Londynie. W czasie, gdy Tato parzył sobie niesmaczne ziółka, mój mąż Piotr gromadził dane odnośnie długofalowej alternatywnej terapii. Bo Tato już zdecydował, że ani operacja, ani biopsja, ani chemioterapia, ani radioterapia go nie interesują. Nie znaczy to jednak, że nie miał wątpliwości, czy postępuje słusznie. Cała rodzina je miała. Niektórzy wyrażali je bardzo stanowczo. Mimo to Tato zdecydował się na zastosowanie odkrytej przez Piotra w internecie diety dr Budwig. Zmagania z dietą dr Budwig Pierwszy dzień diety nie był ani smaczny, ani, jak się później okazało – zbyt zdrowy. Korzystaliśmy z angielskich stron internetowych. Błędnie zrozumieliśmy wskazówki. Zamiast 250 g Linomelu (mielonego siemienia) Tato wypił z sokami 250 ml oleju lnianego. I do tego był to olej „Linolia” – ubogi w kwasy Omega-3! Jedyny dostępny wtedy w sklepach. Nic dziwnego, że dzień zakończył się biegunką. No cóż, niewątpliwie nastąpiło intensywne oczyszczenie jelit, nie takie jednak działanie było pożądane. Na szczęście ten błąd nie miał poza biegunką innych konsekwencji. Nie jest łatwo wprowadzić w życiu jakiekolwiek zmiany. Gdy mój teść zaczynał dietę, mąż i ja mieszkaliśmy wtedy w jego domu. Postanowiliśmy, że solidarnie przechodzimy na dietę z Tatą. Koniec z daniami typu: ziemniaki, mięso i surówka. Koniec z zasmażkami, vegetą i zabielanymi śmietaną zupami! Co gotować w takim razie? Teściowa była przerażona. Tym bardziej, że olej lniany od dzieciństwa kojarzył jej się z impregnatem do drewna. Oczywiście, że da się żyć bez mięsa, śmietany, vegety i zasmażek. Gotowanie zabierało więcej czasu, ale nie ze względu na trudność przyrządzania potraw, tylko spowolnione myślenie o tym, co ugotować. Po paru tygodniach nasz smak się wyostrzył. Zaczęliśmy się delektować wegetariańskimi daniami. I nie mogliśmy obejść się bez pasty dr Budwig. Z jednym wyjątkiem: teściowa nie zaakceptowała jadalności oleju lnianego i jako jedyna w rodzinie nie jadała pasty, choć niejednokrotnie sama ją przyrządzała. Po około 6 miesiącach diety i przeszło 8 miesiącach od postawionej diagnozy, Tato udał się na kontrolne badanie TK. To badanie dodało nam otuchy. Co prawda wielkość guza wzrosła, ale w przypadku wykonywania badań obrazowych na różnym sprzęcie i przez różnych lekarzy istnieje spory margines na różnice w odczycie. Dla nas ważne było to, że guz wykazuje cechy rozpadu, że nie pojawiają się przerzuty i że miażdżyca w aorcie zniknęła! Samopoczucie Teścia było bardzo dobre, cera – zdrowa jak nigdy dotąd. Tato relacjonował, że lekarz wykonujący drugie badanie TK był zdumiony po okazaniu wyników poprzedniego badania. Upływ 8 miesięcy bez szpitalnego leczenia w przypadku takiej diagnozy wg niego mógł oznaczać tylko jedno: postęp choroby. Tymczasem miał przed sobą pacjenta, u którego „bez leczenia” wątroba wyzdrowiała, miażdżyca ustąpiła z aorty brzusznej, a ogólny stan pacjenta był świetny. Dieta dr Budwig to była zatem dobra droga! Lekarze byli wówczas zupełnie nieobeznani z tematem kwasów OMEGA 3 i ich wpływem na zdrowie. Dietetyka na studiach medycznych jest w dalszym ciągu marginalizowana. Skąd mieli zatem czerpać informacje? W telewizji nie reklamowano jeszcze wtedy produktów z Omega-3. Tato często opowiadał o pewnej wymianie zdań podczas jednej z wizyt kontrolnych. Lekarz po wysłuchaniu historii choroby i wykonaniu badania USG spytał: – „Co Pan robi?” – „Piję olej Omega 3″. – „Aaaa… Wie Pan, to dla mnie brzmi jak Mobil 1 ” – odpowiedział zakłopotany lekarz… Życie z guzem Nietrudno sobie wyobrazić, w jaki sposób leczenie szpitalne ogranicza aktywność chorego. Wizyty w szpitalu, zarówno w celu przeprowadzenia chemioterapii i radioterapii, jak i konieczność wykonywania badań kontrolnych wywracają pacjentom do góry nogami ich dotychczasowy harmonogram dnia. Nie mówiąc o skutkach ubocznych prowadzonych terapii. Pacjent w leczeniu szpitalnym to z reguły pacjent chorujący obłożnie, zwolniony z pracy zawodowej i obowiązków domowych. Tato nie leżał w łóżku ani jednego dnia! Codziennie rano robił sobie świeżą pastę dr Budwig z 10-12 łyżek oleju lnianego, mielił siemię lniane, łykał suplementy (najpierw wit. C w ilości 1500 mg, wit. E w ilości 1200 IU, Schizandrę Herbalifu, Transfer Factor Plus, drożdże piwne i inne), potem wyjeżdżał do pracy. Od razu powrócił bowiem do swoich zwykłych, codziennych obowiązków. Nie wiemy, czy mieliśmy rację w nakłanianiu Taty do terapii alternatywnych. Nie wiemy, jak Tato zareagowałby na zaproponowane leczenie szpitalne. Nie wiemy, czy i jakie komplikacje pojawiłyby się po drodze. Nie wiemy, jak szybko i skutecznie wracałby do zdrowia… Wiemy natomiast, jak Tato funkcjonował rezygnując z leczenia szpitalnego i zastępując operację, chemio- i radioterapię prostymi posiłkami z oleju i siemienia lnianego, białego sera, kiszonek warzywnych i suplementów diety. Wiemy, że pomimo tak fatalnej diagnozy, jaką usłyszał w 2000 roku, Tato przez 11 lat funkcjonował jak zdrowy człowiek, na 100% normy. Jego pierwszą reakcją na wieść o chorobie było oczywiście załamanie i potrzeba szukania ratunku. Pierwsze kroki w tej sprawie skierował do Boga. Odbył samodzielną, pieszą pielgrzymkę z Krakowa do Częstochowy. Nocował, jak pielgrzym, w domach mijanych po drodze. Gdy wrócił z pielgrzymki, podjął decyzje o leczeniu alternatywnym dietą dr Budwig i suplementami. Ale nie zajął się tylko leczeniem. Powrócił do normalnego, bardzo aktywnego życia. Miał na głowie wiele obowiązków. Prowadził firmę, borykając się z kryzysem. Wykładał na uczelni w Nowym Sączu. Angażował w działania społeczne i kulturalne w ramach społeczności lokalnej. Uczył angielskiego. W miarę nabywania doświadczenia i wiedzy odnośnie naturalnych metod leczenia, zaczął prowadzić spotkania na temat zdrowego odżywiania. I w tym swoim napiętym grafiku, zawsze miał czas dla rodziny. A gdy zachorowała jego mama, mimo tylu codziennych obowiązków opiekował się nią osobiście. Alzheimer to okrutna choroba. Tato codziennie pojawiał się, aby robić dla chorej mamy zakupy, sprzątać, gotować i pomagać w utrzymaniu higieny coraz to bardziej niedołężnej matce. On – wg lekarzy – śmiertelnie chory na raka… Chory inaczej czy zdrowy inaczej? Był taki epizod, bodajże w 2003 roku: Tato jak zwykle nie nawykły prosić o pomoc, sam podniósł i wpakował do furgonetki ciężki ploter. Zaraz potem dostał krwotoku z pęcherza. Pojawił się silny ból. Pech chciał, że wezwane pogotowie zabrało go znów do szpitala Żeromskiego – tego samego, w którym usłyszał fatalną diagnozę 3 lata wcześniej. I kolejny zbieg okoliczności: przyjmował go ten sam chirurg! Gdy zobaczył teścia słaniającego się z bólu zaczął wymyślać mężowi od świadków Jehowy (tak, tak, dobrze to pamiętam 🙁 ), wykrzykując, że to nieludzkie, jak traktujemy ciężko chorego ojca przez 3 lata odciągając go od leczenia i zmuszając do życia w bólu… Wrzeszczał, że teść powinien był być dawno zoperowany, że teraz to już na pewno guz nacieka na nadnercza…Ciekawe, czy pamiętał, że 3 lata wcześniej dawał Teściowi tylko 3 miesiące życia? Zrobione od razu badanie USG pokazało, że guz zwiększył się aż o 50%! Tato zwijał się z bólu. Chirurg nie zgadzał się na podanie środków przeciwbólowych, twierdząc, że mu to zaciemni obraz. Był gotów do natychmiastowej operacji wycięcia nerki. W takiej nerwowej atmosferze oczekiwał, że Tato podejmie szybką decyzję i zgodzi się na operację. Zdesperowany teść był już prawie na to gotowy. Ale we mnie pojawiła się wątpliwość. Ból był bardzo silny, umiejscowiony z prawej strony. A jeśli to wyrostek robaczkowy? Poprosiliśmy zatem chirurga, żeby zbadał Tatę na wszelki wypadek i pod tym kątem. Operacje na nerkach robi się przecież na plecach. Przeraziła mnie myśl, że jeśli powodem Taty bólu jest zapalenie wyrostka, a chirurg wytnie mu nerkę, Tato może umrzeć nawet po „udanej” operacji… Chirurg był coraz bardziej poirytowany. Nie zgodził się. Nie wierzył, że Tato jeszcze wczoraj był zupełnie zdrów i aktywnie pracował. Uważał, że go oszukujemy. Był pewien swojej diagnozy na podstawie badania USG. Nie daliśmy jednak za wygraną. Poprosiliśmy naszą zaprzyjaźnioną panią doktor, aby odwiedziła Tatę w szpitalu i przy okazji zbadała wyrostek. Nasza lekarka pojawiła się szybko i bardzo długo Tatę badała. Niestety, badanie potwierdziło, że ból jest nie jest spowodowany zapaleniem wyrostka 🙁 Lekarka wyszła, a Tato udał się do toalety, po czym… wrócił bez bólu! Okazało się, że dzięki masażowi podbrzusza, który pani doktor zrobiła podczas badania, skrzep przesunął się w moczowodzie i w końcu znalazł ujście. Silny ból, który Tacie doskwierał nie był bólem nowotworowym- jak utrzymywał chirurg. Był spowodowany kolką nerkową! Chirurg nie dowierzał, kiedy Tato obwieścił mu, że już nic go nie boli, i że … rezygnuje z operacji. Nie omieszkał jednak nazwać pacjenta „symulantem”. Na drugi dzień Tato został wypisany ze szpitala na własne żądanie… a za 2 tygodnie guz wrócił do swej „normalnej” wielkości. Jak to wytłumaczyć? Nerka to bardzo miękki i podatny na mechaniczne uszkodzenia organ. Najwyraźniej, napięcie mięśni przy podnoszeniu plotera spowodowało „uderzenie” nerki o zwapniały w jej wnętrzu guz. Takie „obicie od środka”. W efekcie pojawił się obrzęk naczyniowy wokół guza i to on był odpowiedzialny za „powiększenie” guza w obrazie USG. Po ustąpieniu obrzęku guz objawił się ponownie w swojej poprzedniej wielkości. Narastający stres Tato był na ścisłej diecie dr Budwig przynajmniej 5 lat. Nie miał nigdy 100-procentowej pewności, że wybrał słuszną metodę leczenia. Dlatego przez pierwsze lata regularnie co 2-3 miesiące sprawdzał wielkość guza w badaniu USG. Wielkość guza ulegała zmianie w zależności od aparatu i lekarza opisującego badanie. Nie pojawiały się jednak żadne przerzuty. Z czasem badania USG stały się coraz rzadsze, bo na pierwszy plan wysunęły się choroby żony (jak wspomniałam, mama nie jadła z nami pasty dr Budwig). W 2003 roku okazało się, że jej postępująca słabość fizyczna i problemy z wydolnością oddechową wynikające z niedomykającej się zastawki (wrodzona wada) kwalifikują ją do szybkiej interwencji chirurgicznej. W listopadzie Mama przeszła operację serca. Wszczepiono jej sztuczną zastawkę mitralną. Od tamtej pory była zmuszona do zażywania leków rozrzedzających krew i kontrolowania wskaźnika rozrzedzenia co tydzień. W grafiku Taty pojawił się kolejny obowiązkowy punkt programu: cotygodniowe zawożenie żony na badanie INR. Od 2004 roku moja teściowa miała zdiagnozowaną jaskrę, którą leczono operacyjnie. W 2005 roku przeszła zawał. Cierpiała też na chorobę zwyrodnieniową stawów kolanowych oraz niewydolność żylną kończyn. Od 2000 roku, w trakcie swojej 11-letniej „choroby” Tato wspierał żonę w leczeniu 2 zawałów i innych schorzeń, przeżył śmierć swojej Mamy i swojej Teściowej, którą także opiekował się w trakcie jej ostatniej choroby. Śmierć bliskich – wg skali stresu Holmesa i Rahe’a – to 63 jednostki stresu. Dwie śmierci – 126 jednostek. Własna choroba – 53 jednostki. Choroba żony – 44 jednostki. Problemy finansowe – 38 – jednostek. Podliczmy: 261 jednostek. Wg badaczy, którzy opracowali tę skalę, ta suma jednostek stresu uzbierana w trakcie 2 lat zwiększa ryzyko wystąpienia poważnych chorób o 51%… Ciasteczka i udka W 2009 roku (9 lat po diagnozie raka Taty) choroba Mamy nasiliła się tak bardzo, że zmuszona była do poruszania się na wózku. Tato – ze swoim guzem – sprawował opiekę nad mamą, domem, a po godzinach prowadził firmę próbując zarobić na utrzymanie. W międzyczasie tracił nerwy na użeranie się z ZUS-em… Schorowana żona tymczasem traciła resztki optymizmu i zamartwiała się swoją słabością, sytuacją materialną, niemożnością wpierania męża w jego zmaganiach z codziennością. I cały czas była pełna wątpliwości odnośnie stanu zdrowia męża. Nie akceptowała drogi, którą – za naszą namową – obrał Tato. Część rodziny utwierdzała ją w tym. Uważała, że powinien się zoperować. W miarę jak teściowa sama traciła zdrowie, jej obawy o męża nasilały się. Dlatego dieta irytowała ją coraz bardziej. A my już nie mieszkaliśmy z rodzicami i nie byliśmy w stanie dawać codziennego wsparcia… I tak po przynajmniej 5 latach ścisłej leczniczej diety, Tato – solidaryzując się z żoną- zaczął zjadać zakazane dania. Na niedzielnych obiadach u rodziców regularnie zaczęły pojawiać się kurczaki i ciastka. Co gorsza, często te kupne. I od tamtej pory Tato coraz częściej niepokoił się o swoją wątrobę, do której dociskała się nerka z guzem. A gdy on się niepokoił, to Mama z troską nakłaniała go na „normalne” leczenie… Po raz pierwszy, pojedyncze torbiele na wątrobie o średnicy ok. 1 cm pojawiły się w badaniu USG w kwietniu 2007 roku. Do tej pory wszystkie badanie USG wykazywały wątrobę bez zmian. Tato przejął się wynikiem, ale nie zdecydował na wycięcie guza. Na kolejnych badaniach zmiany ogniskowe na wątrobie zniknęły i badania USG pokazywały wątrobę bez zmian (badania USG z maja i sierpnia 2008), po czym w lutym 2009 ten sam lekarz znów dopatrzył się pojedynczych torbieli w wątrobie. W tym czasie tato często przechodził okresy wielkiego zmęczenia. Czasami żalił się, że nie ma siły wejść po schodach. Z reguły jednak zaraz potem machnąwszy ręką zabierał się do pracy. Lekarze wykonujący badania USG w maju 2009, lutym i czerwcu 2010 oraz czerwcu 2011 – nie dopatrzyli się u Taty zmian ogniskowych w wątrobie. A guz w nerce, jak widać na poniższych skanach, w dalszym ciągu raz opisywano jako większy, drugi raz jako mniejszy. W 2010 roku u Taty nasiliły się epizody wysokiego ciśnienia. Z perspektywy czasu wiemy już, że były to napady paniki. Tato jednak zawsze odżegnywał się od nerwicy upatrując przyczyn swoich problemow w chorobie wieńcowej… nigdy jednak nie potwierdzonej. W czasie napadów wysokiego ciśnienia ( np. 210/110) Tato wsiadał w samochód i sam wiózł się na pobliskie pogotowie, gdzie aplikowano mu doraźne środki. Z reguły działo się to w środku nocy… Ostatnia żałoba 29 grudnia 2010 roku (10 lat po pierwszym badaniu tomograficznym Taty stwierdzającym obecność guza w jego nerce) nagle zmarła jego żona. Przewróciła się w łazience – najprawdopodobniej – na skutek zatoru płucnego. W tym czasie Tato odśnieżał podjazd. Karetka została wezwana za póżno. Lekarz reanimował Mamę godzinę. Niestety, bez skutku. Tato ogromnie głęboko przeżył ten dramat. Nie mógł sobie wybaczyć, że tego ranka wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Obwiniał się też o to, że zgodził się na zaniedbanie poświątecznego badania INR… Ono mogło zapobiec wypadkowi. Wiedział to… Do tego ich ostatnie relacje małżeńskie nie były najlepsze. A przecież tak bardzo się kochali… Szansa na zawarcie zgody znikła bezpowrotnie… Po pogrzebie nalegaliśmy, aby Tato przeprowadził się do nas. Życie wśród aktywnych ludzi, w rejwachu bawiących się dzieci, w rytmie rodzinnych aktywności dałoby mu możliwość pomyślnego „przeżycia żałoby”… Tato nie zgodził się. Nasze domy dzieliło pół godziny drogi. Prawie codziennie pojawiał się u nas. Najczęściej w porze obiadu lub kolacji. Zwykle odmawiał jedzenia, twierdząc, ze właśnie jest po posiłku. Widzieliśmy pogłębiającą się depresję Taty. Piotr próbował zaradzić temu na wiele sposobów: rozmowami, spacerami, wypadami do kina. Poprosiliśmy go o regularne lekcje angielskiego dla córek. Tato kochał uczyć. Był wspaniałym nauczycielem! Na urodziny Tato dostał od nas saksofon. W młodości gra na saksofonie była jego wielką pasją. Był niezwykle uzdolniony muzycznie. Mieliśmy nadzieję, że powrót do grania pozwoli zaleczyć postępującą depresję i otworzy go z powrotem na ludzi i świat… Tumiwisiści i zapalenie płuc Ku naszej radości Tato od razu zaczął grać. Przyłączył się do Tumiwisistów – grupy jazzujących starszych panów – emerytowanych wykładowców krakowskich uczelni , którzy co tydzień spotykali się na kameralnych, garażowych próbach. Był bardzo ambitny. Ćwiczył codziennie. Mówił, że gdy gra, zapomina o problemach. Naprawdę bardzo nas to cieszyło. Smuciło jednak to, że mimo wszystko Tato słabł fizycznie. Święta Bożego Narodzenia 2011 (rok po śmierci żony) spędziliśmy u nas w domu śpiewając kolędy przy wtórze jego saksofonu….Od stycznia 2012 Tato coraz częściej skarżył się na skrócony oddech. W marcu był leczony na zapalenie płuc. Po antybiotykach, zmiany zapalne w płucach cofnęły się. Tato kontynuował muzykowanie z zespołem. W kwietniu Tumiwiści mieli umówione studio do nagrania swojej studyjnej, prywatnej płyty. W dniu nagrania Tato pojawił się z wysoką gorączką. Mimo to dał z siebie wszystko. Wykonał z kolegami kilkanaście utworów. W każdy, tak jak i pozostali muzycy, zagrał improwizacyjne solo… Dzień później pojawił się u nas. Bardzo słaby. Przyjechał sam autem. Był gotów jechać do szpitala. Sam. Zgodził się jednak zostawić auto u nas. Zabraliśmy go do szpitala, bo gorączka i problemy z oddychaniem narastały. Zawieźliśmy tatę – zgodnie z jego życzeniem – na ostry dyżur Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Tato zawsze, jako wykładowca akademicki darzył naukowe autorytety wielkim zaufaniem. Był już wieczór. Zanim Tato został przyjęty do badania odczekaliśmy w kolejce około 2 godzin. Wstępna diagnoza brzmiała: zapalenie płuc i anemia – konieczna hospitalizacja. Tatę posadzono na wózku i przewieziono na oddział wewnętrzny. Od śmierci żony Tato unikał spotkań w jego domu. Właściwie nikogo tam nie zapraszał. Mówił, że dom bez żony działa na niego przygnębiająco, a jednocześnie ucinał rozmowy o przeprowadzce do nas. Gdy zostawiliśmy go w szpitalu, pojechaliśmy do jego domu po zwierzęta. Okazało się, że dom był bardzo zaniedbany. Właściwie spodziewaliśmy się tego i od dawna próbowaliśmy się umówić na sprzątanie. Pod opieką Taty był schorowany stary pies, 3 koty i bardzo wymagająca papuga żako. Spodziewaliśmy się zatem nieporządku. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w lodówce Taty znajdziemy wyłącznie jedzenie dla zwierząt… Wyszło na jaw, ze Tato nie jadł nic poza słodyczami. Do tego próby gry na saksofonie odbywały się w ogromnie zakurzonym pokoju, a przecież Tato zawsze był podatny na alergie na kurz… Saksofon to instrument dęty. Podczas gry oddycha się bardzo intensywnie. Higiena pomieszczenia jest bardzo ważna. Przewlekłe stany zapalne płuc Taty mogły zostać wywołane brakiem wentylacji, kurzem i pleśnią. Szpital – postępująca niepełnosprawność W szpitalu pojawiliśmy się z mężem rano. Przywieźliśmy archiwalne wyniki badań Taty odnośnie guza. Spodziewaliśmy się, że wcześniej, czy później lekarze go odkryją. Chcieliśmy, aby wiedzieli, że guz w nerce Taty ma już co najmniej 12 lat i że przez te 12 lat Tato funkcjonował z nim jak zdrowy człowiek… Spotkanie z Tatą po jednej nocy spędzonej przez niego w szpitalu było dla nas wstrząsające. Od momentu posadzenia na wózku przestał chodzić o własnych siłach. A przecież dzień wcześniej przejechał samochodem ponad 100 km. A przecież 2 dni wcześniej uczestniczył w parogodzinnej sesji nagraniowej grając na saksofonie cały czas na stojąco! Oczywiście lekarze już zdążyli się dowiedzieć o guzie. Wynikającą z badań anemię zrzucili na karb rozwijającej się choroby nowotworowej. Lekarz prowadzący uprzejmie aczkolwiek nie do końca cierpliwie potakiwał wysłuchując naszych relacji odnośnie głodzenia się Taty, jego depresji, żałoby, 12-letniego życia z guzem, alergii na kurz… Widać było, że nic z tego, co mówiliśmy nie było dla niego istotne. Nic nie przykuwało jego uwagi. Nie wierzył, że pacjent w takim stanie 2 dni wcześniej mógł 3 godziny bez przerwy na stojąco grać na saksofonie… Choć bardzo tego chcieliśmy uniknąć – w szpitalu rozpoczęto wnikliwą diagnostykę pod kątem zaawansowanej choroby nowotworowej, z przerzutami… do płuc i wątroby. Bo choć po tygodniu podawania antybiotyków zmiany zapalne i płyn w płucach ustąpiły, to jednak teza choroby nowotworowej wzięła górę. Zaczęto szukać przerzutów. I znaleziono! W płucu: 1) „przy ścianie klp po stronie lewej drobna zmiana wielkości 6 mm – drobny ziarninik lub meta (przerzut)”, 2) „na tle sylwetki serca po stronie lewej cień średnicy 7 mm – innych zmian opisywanych na zdjęciach nie widać”. W wątrobie: „liczne okrągłe ogniska o podwyższonym echogramie po ok. 10-20 mm”. Guz w nerce zaś opisano w pierwszym badaniu USG z 30 kwietnia jako „zmianę guzowatą niejednorodnej echogeniczności z licznymi zwapnieniami o wym. 71 x 63 mm. Ponadto widoczne cechy naciekania okolicznych tkanek – mankiet wokół nerki ok. 47 x 13 mm.” Pozostałe narządy jamy brzusznej były bez zarzutu, poza widocznymi zwapnieniami w prostacie. Chciałoby się spytać: „Tylko tyle przerzutów znaleźliście Panowie i Panie – lekarze po 12 latach NIELECZENIA raka złośliwego nerki? U wielu waszych pacjentów w przeciągu 3 lat po chemioterapii rozwijają się często znacznie bardziej rozlegle przerzuty… Czy to Was nie dziwi?” Do Taty 3-krotnie wysłano młodą, niedoświadczoną panią doktor, która – zgodnie z jego relacją – nie przebierając w słowach jasno dała mu do zrozumienia, że jego stan jest beznadziejny i że musi się zgodzić na proponowane leczenie: biopsję, operację, chemioterapię. Odkąd młoda lekarka zaczęła nękać Tatę czarnymi wizjami, jego przygnębienie dramatycznie się pogłębiło. Najgorsze jednak stało się, gdy – wbrew naszej prośbie i woli Taty – zrobiono mu badanie TK z kontrastem. Ostrzegaliśmy lekarza, że Tato jest uczulony na kontrast i absolutnie nie zgadza się na przeprowadzenie badania TK z kontrastem. Na próżno. Badanie wykonano z kontrastem. Tuż po badaniu pojawiły się u Taty pierwsze oznaki demencji i poważne zaburzenia równowagi. Kilkakrotnie upadł. Od tej pory Tato przestał podejmować próby samodzielnego przemieszczania się. Lekarze zaś zinterpretowali wyniki badania TK jednoznacznie: rozsiany rak nerki prawej. Zaproponowano leczenie: operacja po konsultacji z urologiem, chemioterapia, radioterapia. Zapytaliśmy lekarza prowadzącego, czego oczekuje po proponowanym leczeniu zakładając, że jego diagnoza odnośnie raka z przerzutami jest słuszna. Był zakłopotany. To nic, że pacjent jest słaby, w depresji, bez woli walki o życie, że przewiduje się ciężkie skutki uboczne, że proponowane leczenie najprawdopodobniej zabije pacjenta…To nic, że zaproponowane „leczenie” nie uleczy pacjenta. Takie są procedury! Ta odpowiedź była nie do zaakceptowania, dlatego po około 2 tygodniach Tato został wypisany ze szpitala na własne żądanie. Na biopsję weryfikującą diagnozę szpitalną się nie zgodził. Przywieźliśmy go do nas. Woli życia brak Ułożyliśmy harmonogram posiłków, suplementów, ćwiczeń. Jednak mimo wysiłków, demencja postępowała, co nas bardzo martwiło. Każdego wieczoru pojawiały się ataki paniki. A do tego wszystkiego Tato odmawiał jedzenia i przyjmowania suplementów. Na każdy kęs i każdą porcję kapsułek musieliśmy go nakłaniać na nowo, często bezskutecznie. Z atakami paniki, które objawiały się dusznością, wysokim nadciśnieniem, przyspieszonym tętnem i ogólnym nasilonym niepokojem radziliśmy sobie sami. Asystowaliśmy Tacie na zmianę z mężem, rozmawiając, prowadząc ćwiczenia oddechowe, zabierając na spacer na wózku itd. 16 czerwca 2012, podczas wizyty rodziny Tato zdenerwował się silniej niż zwykle. Bóle w mostku i duszność nasiliły się. Był upalny dzień. Wezwaliśmy pogotowie. Tato został zawieziony do szpitala rejonowego w Suchej Beskidzkiej. I tu przeżyliśmy szok! W Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie wyniośli lekarze-naukowcy nie byli zainteresowani wywiadem z rodziną. Tymczasem w Suchej lekarz bardzo cierpliwie wysłuchał naszej relacji. Nie podzielał zapewne naszych opinii, zadał jednak bardzo ważne pytanie: jakiego leczenia oczekujemy? I zaakceptował naszą odpowiedź. Oczekiwaliśmy zaradzenia temu kryzysowi. Tylko tyle. Przez 5 dni hospitalizacji lekarz starał się wzmocnić Tatę. Walczyliśmy przede wszystkim z silną anemią. Przetoczono Tacie 2 jednostki krwi. Na czwarty dzień Tato został wypisany do domu. Hemoglobina ustabilizowała się. Tato był silniejszy. „Powrót Taty” Pobyt w szpitalu w Suchej wydawał się być przełomem… Tato częściej stawał na nogi. Sam się ogolił. Miał ochotę spotkać się z przyjaciółmi. Wstąpiła w nas zatem ogromna nadzieja, że przezwyciężył w sobie niechęć do życia. Wrócił apetyt! Demencja zniknęła! Tato przytomnie i z detalami powracał do miłych wspomnień, dyskutował. Cieszył się słońcem lata… Mimo poprawy psychicznej, nocne napady paniki nie ustąpiły jednak. Z czasem napady duszności stały się nawet częstsze. Zrobione prywatnie badania krwi wykazały, że poziom hemoglobiny ponownie spada. Tato słabł i miał coraz większe problemy z poruszaniem. Pojawił się silny obrzęk nóg. Spał teraz regularnie siedząc nocą w fotelu. Panika Nasze córki były na wakacjach u przyjaciółki. 23 lipca po śniadaniu i wspólnej miłej pogawędce na tarasie, zostawiliśmy Tatę w bardzo dobrym stanie, pogodnego, pod opieką mojej mamy i sąsiadki, a sami pojechaliśmy przywieźć dzieci z wakacji. 3 godziny po naszym wyjeździe Tato dostał ataku paniki. Opiekunki nie były w stanie go uspokoić. Wezwały pogotowie. Tym razem na ratunek przyjechała rozhisteryzowana pani doktor. Moja mama pokazała jej wypis z ostatniego pobytu w szpitalu. Lekarka zaczęła wrzeszczeć przy Tacie, że sytuacja jest beznadziejna… A my byliśmy już wtedy w drodze powrotnej z dziećmi… Gdy po 3 godzinach dojechaliśmy do szpitala w Suchej, Tato był rzeczywiście w ciężkim stanie. Znów przetaczano mu krew. Był nieprzytomny po dawce morfiny. Pielęgniarki nie rozpoznały go, a przecież opiekowały się nim 4 tygodnie wcześniej! Nie dowierzały, że to ten sam pacjent. Tak bardzo Tato zmienił się w ciągu miesiąca. Jeszcze bardziej szeroko otwierały oczy, gdy ze łzami mówiłam, że 3 miesiące temu ten umierający teraz staruszek gibał się w lewo i prawo improwizując na saksofonie w studiu nagrań… Śmierć „na raka” Zmarł nazajutrz, 24 lipca w samo południe. Na niewydolność krążenia. Na karcie statystycznej odnotowano, że pierwotną przyczyną zgonu była choroba nowotworowa. Choroba nowotworowa Taty nie została nigdy potwierdzona histopatologicznie. A jednak mimo to właśnie tak przypadek Bogdana będzie interpretowany przez „magiczne” statystyki… Jego guz równie dobrze mógłby być gruźliczakiem nerki lub torbielem pasożytniczym… Tato spędził w Afryce kilka lat. Wielokrotnie był leczony na malarię. To uprawdopodabnia przecież i takie wersje diagnozy… Rachunek sumienia Depresja to beznadzieja – stan duszy, w którym chęć do życia gaśnie. Utrzymywana długo, zapuszcza w ciele korzenie, programuje na śmierć… Dziś z perspektywy czasu bardzo żałuję, że zbagatelizowaliśmy ten stan u Taty, licząc na uzdrawiającą moc czasu. Żałuję, że nie spróbowaliśmy przeciwdziałać depresji Taty np. przy pomocy EMDR (Eye movement desensitization and reprocessing). Żałuję, że Tato dostał się w ręce lekarzy-grabarzy, którzy stosowali metody „lecznicze”, w które sami nie wierzyli, tym samym pogłębiając depresję pacjenta i wzmacniając program – śmierć… Dziś mogę tylko podzielić się tą historią. Jestem przekonana, że w zmaganiach z ciężką chorobą lepiej uczyć się na cudzych błędach.

8 Sierpień , 2013,Alicja (Primanatura)

zielona kawa forum  acai właściwości najlepsza dieta gdy zażywam probolan 50  cellulitis  jak pozbyć sie pryszcy  co zrobic żeby mieć białe zęby  odchudzanie bez tabletek